Statystyki

  • Wszystkich wizyt: 5237
  • Dzisiaj wizyt: 1
  • Wszystkich komentarzy: 23

Miesięczne Archiwa: Luty 2013

Kocham Bielsko!

Za co można kochać to miasto? Za Podbeskidzie i BKS? Czyli za piłkę nożną i siatkową? Ja pokochałem Bielsko zimą. Wszyscy teraz pewnie myślą – no tak, śnieg, góry, narty. Ja tymczasem nie cierpię zimy. Pokochałem moje miasto zimą, ponieważ musiałem jeździć autobusem MZK do pracy. Normalnie poruszam się w sezonie moją prześliczną krówką chopperem Kawasaki Vulcan VN 900 – 900 ccm pojemności, 260 kg wagi. Przez to wielu rzeczy nie widziałem. Nawet jadąc z moją żoną gdzieś za miasto, nie reagowałem na jej okrzyki – spójrz tu! spójrz tam! – gdyż prowadziłem. Jazda na 2 kółkach jest z założenia niebezpieczna, wymaga uwagi.

Zawsze jak szedłem przez Bielsko, to się dokądś spieszyłem, nie miałem czasu na oglądanie się naokoło, na podniesienie głowy. Poza tym trzeba przecież uważać na ewentualne dziury w chodniku, a tak właściwie, to na psie miny.

Moja fascynacja Bielskiem zaczęła się od podziwiania efektów remontu Zamku Sułkowskich. Oszkliwe fasady nagle wypiękniały, a ich nowo odzyskany dziewczęcy urok podkreślały reflektory zapalane wokół Zamku w nocy. Zacząłem coraz częściej patrzeć w górę. Jadąc autobusem zamiast drzemać zacząłem podziwiać stare bielskie budynki, zacząłem zerkać tam, gdzie nie spogląda już nikt. Na mały Wiedeń.

Opiszę wam moje dwie trasy do pracy: jedna z centrum do Szpitala Onkologicznego, druga ze szpitala do rentgena, gdzie pracuję po południu. Wysiadając z autobusu wpadam wprost na Hotel Prezydent, 100 lat temu Kaiserhof. Neorenesansowy, 3 – piętrowy budynek 20 – metrowej wysokości, o fundamentach sięgających 12 metrów pod powierzchnię gruntu. Jest po remoncie, frontowa ściana jest pełna złoceń, ozdóbek, punktowe reflektory podświetlają ją od dołu, jest piękny. Naprzeciwko, po drugiej stronie ulicy stoją dwie kamienice. W jednej jest pracownia zegarmistrzowska, w drugiej księgarnia. Są szare, nie remontowane, o ścianach zbryzganych błotem z jezdni. Ale wyżej…ech. Gzymsy, gzymsiki, zadaszenia okien, fikuśne parapety podparte przez ni to diabełki, aniołki czy Atlasy, wyżej wykusze, balkoniki, wieżyczki na dachach… Cuda. Idąc dalej po lewej mijamy olbrzymi budynek ciągnący się od ul. Przechód aż do ul. Wzgórze. Kiedyś była tam najlepsza restauracja Patria, a jeszcze wcześniej, 100 lat temu, najbardziej ekskluzywna kawiarnia w mieście. Trzeba przejść się na Plac Chrobrego i obrócić się, nabrać perspektywy. Dachy z wieżyczkami, jakieś kolumnady, frontony, realizacja projektów najlepszych architektów wiedeńskich sprzed stulecia… Na prawo, przy ul. Wzgórze, koło wjazdu na Plac Fabryczny (podpowiedź – mieści się tam na parterze biuro poselskie) stoi KAMIENICA, a właściwie mini pałac w centrum miasta. Dachy zwieńczone cebulastymi kopułami, kształt okien na poddaszach… Ech…Dalej, po kilkuset metrach ul. Stojałowskiego, po prawej stronie wznosi się zespół budynków miejskich z Ratuszem na czele. Część z nich to budynki pofabryczne. Dzisiaj – po prostu perełka architektury.

Kiedy wracam ze szpitala na piechotę do drugiej pracy, idę ciągiem ulicy 11 Listopada. Zawsze kark mnie boli po takiej 10 – minutowej eskapadzie. Po drodze dawna kamienica Tanewskich, Hotel Pod Orłem (przed wojną Pod Czarnym Orłem), były budynek USC – kiedyś ruina – dzisiaj cudo, kamieniczki na Placu WP i  Placu Wolności, kamienica pod Żabami ( 100 lat temu najlepsza winiarnia w Białej), wreszcie ciąg wspaniałych, monumentalnych kamienic od rzeki Białki aż do ulicy Schodowej. Tam, na rogu ulicy Schodowej i Barlickiego, pod numerem 11 stoi moja ulubiona kamienica. Prywatny  właściciel włożył serce w jej renowację.  Nad ulicę wystają balkony w kształcie łodzi pływających nad ludzkim morzem, wokół motywy wodne, jakieś trzciny, tataraki, pod nimi żabki, nad nimi latają ważki, jakieś biedronki… Zawsze przechodzę drugą stroną ulicy, żeby to ujrzeć. I jestem dumny z mojego miasta, jestem werbusem stąd, nie z miejsca, w którym się urodziłem.

Wszystkie te cuda odkryłem, kiedy podniosłem głowę, kiedy zamiast szukać psich pułapek na chodnikach zacząłem patrzeć w górę. Oczywiście wiele z tych budynków wymaga jeszcze pracy, niemniej są po prostu piękne. Spójrzcie na Pocztę Główną, budynek Teatru, na dworzec, na jego neobarokowe  100- letnie freski w hallu głównym, na starówkę i jej KILKUSETLETNIE bruki… Są jak nie z tego świata. Świata szarości i spuszczonych głów…

Tak, jak różnią się miedzy sobą bielskie kamienice, niektóre przepięknie odremontowane, inne chylące się ku upadkowi, tak o Ci, którzy przyjęli Boga przestali patrzeć w ziemię, zaczęli wzrastać, budować nową Świątynię na nowym Fundamencie.  Zaczęli inaczej patrzeć na świat i ludzi. Tak samo było ze mną. Dzięki temu, że uwierzyłem, zobaczyłem nie to, gdzie człowiek sięga, ale gdzie mógłby sięgnąć… Wystarczyło podnieść głowę, aby pokochać Bielsko – moje miasto, ludzi, a przede wszystkim Boga.

Ty masz słowa żywota wiecznego

Kiedy 72 uczniów wróciło do Jezusa chwaląc się, że w Jego imieniu chrzcili,  uzdrawiali, wyganiali demony  itd ten zwrócił się do nich  (Jan.6,65): Nikt nie może przyjść do mnie, jeśli mu to nie jest dane od Ojca.  Oburzonych  tymi słowami 72 odeszło. Zwrócił się do pozostałych 12 czy i wy chcecie odejść? (Jan 6,67-69) Odpowiedział mu Szymon Piotr: Panie! Do kogo pójdziemy? Ty masz słowa żywota wiecznego. A myśmy uwierzyli i poznali, że Ty jesteś Chrystusem, Synem Boga żywego.  Za takie świadectwo Żydzi skazywali na ukamienowanie…

Kilka dni później rodzeni bracia zwrócili się do Jezusa (Jan 7 rozdział): Idź do Judei na święto namiotów, żeby i uczniowie twoi widzieli dzieła, które czynisz. Nikt bowiem nic w skrytości nie czyni, jeśli chce być ZNANY. Skoro takie rzeczy czynisz (uzdrowienia, wskrzeszenia – wpis mój) daj się poznać ŚWIATU.

Jego bracia, podobnie jak Judasz, wierzyli, że Mesjasz przyjdzie wyzwolić ich z niewoli rzymskiej, że zmieni ich życie doczesne, jego przyjście natomiast zostanie poprzedzone licznymi cudami. Podobnie ja i moi rodacy wierzyliśmy kiedyś, że wejście do UE sprawi, że będziemy za naszą uczciwą pracę dostawać wreszcie uczciwe wynagrodzenie. Podobnie jak Żydzi byliśmy w błędzie.

Jezus odpowiedział: Czas mój jeszcze nie nadszedł, ale wy idźcie, i dalej wędrował z uczniami po Galilei. Święto namiotów trwało przez tydzień. Jezus po kilku dniach postanowił jednak w przebraniu iść do Jerozolimy. Tam wszedł do świątyni i zaczął nauczać. Dziwili się Żydzi: skąd ta jego uczoność, skoro się nie uczył? Odpowiedział im: Nauka moja nie jest moją, lecz tego, który mnie posłał. Jeśli ktoś chce pełnić wolę jego, ten pozna, czy ta nauka jest z Boga, czy też Ja sam mówię od siebie. I dalej: Czy to nie Mojżesz dał wam zakon? (czyli wszystkie przepisy i przykazania – wpis mój) A nikt z was nie wypełnia zakonu. Dlaczego chcecie mnie zabić? Zrobił się tumult, krzyki. Demona ma (czyli to wariat)! Kto go chce zabić? Na to Jezus: skoro Mojżesz dał wam obrzezkę i w sabat obrzezujecie człowieka, aby nie był naruszony zakon mojżeszowy, dlaczego macie mi za złe, że w sabat uzdrowiłem całego człowieka? Zaskoczeni słuchacze zaczęli się kłócić między sobą: to musi być Chrystus, Mesjasz! Inni: nie, on tylko ludzi zwodzi. Jeżeli to nie Mesjasz, to skąd te uczynki? Dlaczego uczeni w piśmie pozwalają mu nauczać? Drudzy: złapmy go! Poślijmy po sługi Świątyni, niech faryzeusze zdecydują! Tymczasem Jezus mówił dalej: Jeszcze krótki czas będę z wami, potem odejdę do tego, który mnie posłał. Szukać mnie będziecie, lecz nie znajdziecie, a gdzie Ja będę, wy przyjść nie możecie.

Dzisiaj jest podobnie. Łatwiej jest ludziom iść na pielgrzymkę, kłócić się o to, czy założyć iluminację krzyża na Giewoncie czy też kruszyć kopie w imię wiary (sic!) o związki partnerskie, niż poszukać Boga wokół siebie. John Godson, nasz parlamentarzysta ładnie odpowiedział dziennikarce: nie przeszkadza mi krzyż w sejmie, jest mi obojętny, ponieważ każdy powinien nosić ten krzyż W SOBIE.

Następnego dnia, a był to kulminacyjny dzień święta namiotów, Jezus zawołał w Świątyni: Jeśli kto pragnie, niech przyjdzie do mnie i pije (każdy z nas ma dostęp do miłości i Słowa Chrystusowego – wpis mój). I dalej: Kto wierzy we mnie, jak powiada Pismo, z wnętrza jego popłyną rzeki wody żywej. Uwierzymy – i będziemy chcieli świadczyć o Nim, to będzie od nas silniejsze.

W tym czasie Żydzi ciągle kłócili się, czy Jezus jest Chrystusem, czy nie. Strażnicy Świątyni bali się w tej sytuacji Go aresztować. Gdy wrócili do faryzeuszy i arcykapłanów, ci się spytali:  dlaczego nie przyprowadziliście go? Słudzy odpowiedzieli: Nigdy jeszcze człowiek tak nie przemawiał, jak ten człowiek mówi. Faryzeusze: czy i wy daliście się zwieść? Czy kto z przełożonych lub z faryzeuszy uwierzył w niego? Tylko ten MOTŁOCH, który nie zna zakonu, jest PRZEKLĘTY (Jan7.49)

 

Naród wybrany cieleśnie postrzegał Jezusa, cieleśnie wyobrażał sobie Mesjasza. Miał im poprawić życie tu i teraz. Człowiek dzisiaj (przynajmniej przytłaczająca większość) postrzega wiarę poprzez pryzmat ciała. Świątynię trzeba dotknąć, zapatrzyć się w bizantyjskie ozdoby, tradycja jest ważniejsza od człowieka, Biblia stoi na półce i się kurzy, gdyż media zastąpiły rozum i serce… Ważniejsza jest szynka na święta i kolędy, niż ich treść…

Jaka jest więc moja wiara? Dlaczego uwierzyłem w Chrystusa? Dlatego, że leczył? Że chodził po wodzie? Że się spierał z systemem? Zacytuję jeszcze raz Szymona Piotra: Panie! Do kogo pójdziemy? Ty masz słowa żywota wiecznego. A myśmy uwierzyli i poznali, że Ty jesteś Chrystusem, Synem Boga żywego.

MASZ SŁOWA ŻYWOTA WIECZNEGO… I jak tym nie ŻYĆ?

Kobieta pastorką

Tu jest link do artykułu w interii o żonie naszego wspólnego znajomego pastora Darka Zubera. Artykuł fajny, najgorsze są wpisy pod nim. Ich autorzy  kojarzą  mi się tylko z tym,   co zostawił Lot za plecami.

http://kobieta.interia.pl/gwiazdy/wywiady/news-pastorka-monika-zuber-kobiety-sa-swietnymi-duchownymi,nId,934239

Super dieta a pewność zbawienia

Kiedyś czekając na przystanku na autobus do Wapienicy ( moi przyjaciele znają tą historię) zwróciłem uwagę na starego, zaniedbanego mężczyznę. Akurat podjeżdżał autobus do Czechowic – Dziedzic kursujący co godzinę. Sypie śnieg, spory mróz. Starszy pan był obładowany mnóstwem tobołków i reklamówek pełnych jakichś odpadów i szmat, wokół unosił się nieszczególny zapach. Zaczął biec do tego autobusu. Jego bieg był bardzo specyficzny, stawiał bardzo drobne kroki, wręcz tzw stopki.  Widać było, że jest pewien, że dobiegnie, a jeżeli nawet nie, to kierowca na pewno poczeka na starszego człowieka z tobołkami. Okazało się, że nie zdążył, kierowca nie widział, autobus odjechał. Nieszczęście, trzeba czekać jeszcze godzinę, późny wieczór, mróz.

Tymczasem jestem przekonany, że w tych torbach nie było niczego wartościowego, że gdyby je odrzucił, to by zdążył na autobus, byłby bezpieczny i w cieple.

Tak właśnie jest z naszym życiem. Każdy z nas ma moment, że musi podjąć konkretną  decyzję, tak tak lub nie nie. Mój kumpel podjął taką decyzję – dla dobra dzieci sprzedał mieszkanie w mieście i kupił dom do remontu na wsi. Nie ma telewizora, ma płyty i internet, blisko do Krakowa i jest happy. Ale on poszedł na całość. A zwykły człowiek?  Po jakimś czasie jest tylko refleksja: gdybym wtedy wyjechał do Londynu, nie byłbym na bezrobociu, gdybym przestrzegał diety, nie miałbym takiej tuszy, gdybym leczył moją astmę, cukrzycę czy HIV, to byłbym dalej sprawny, bo gdybym wstąpił do policji, wojska, ożenił się z tą paskudną Maryśką zza rogu… Itd itp.

Często robimy coś na pół gwizdka i jesteśmy rozczarowani wynikiem.  Zaczynamy dietę, chodzimy na siłownię, rzucamy palenie czy też zaczynamy wreszcie leczyć zęby.  Dobre chęci kończą się najwyżej po miesiącu.

Tak samo jest z Bogiem. Po rodzinnej tragedii, po własnej chorobie, po jakimś nieszczęściu jesteśmy rozmodleni. I to pomaga. Ale potem to przechodzi. Okazuje się, że wierzymy na pół gwizdka. Chodzimy na nabożeństwa, uczestniczymy w pielgrzymkach, spotkaniach ekumenicznych, nosimy symbole naszej wiary… I nie mamy potrzeby czytania Biblii (Pisma Świętego). Ba, mało tego, nie chcemy rozmawiać o Bogu, unikamy tego tematu, podobnie jak tematu choroby i śmierci.  Dlaczego? Gdyż dzisiejszy człowiek nie ma pewności Zbawienia. Ma natomiast nadzieję, że uczestnictwo w nabożeństwie tego czy tamtego kościoła mu pomoże, że jakoś się uda, ze jednak dobiegnie ze swoimi torbami do autobusu z napisem Zbawienie (Życie Wieczne).

Tymczasem wystarczyło odrzucić krępujące ruch torby, aby dobiec do autobusu, wytrwać w diecie, aby schudnąć, wytrwać na fotelu, aby mieć zdrowe zęby… I prawdziwie uwierzyć.

Wystarczyło uwierzyć, zrozumieć i przyjąć, że nawet takiego beznadziejnego typa jak ja pokochał Bóg. W Jan 3.16-18 jest napisane: Albowiem tak Bóg umiłował świat ( a więc także mnie), że Syna swego jednorodzonego dał, aby każdy, kto weń wierzy, nie zginął, ale miał żywot wieczny. Bo nie posłał Bóg syna na świat, aby sądził świat, ale aby świat był przez niego zbawiony. Kto wierzy w niego, nie będzie sądzony (…).

Czy to znaczy, że Bóg daruje nam nasze złe uczynki, potknięcia? Tak za nic? Co mamy zrobić, aby na to zasłużyć? A sąd? Co z sądem nad grzesznikami?

Jan 5.24    Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam, kto słucha słowa mego i wierzy temu, który mnie posłał (czyli jeżeli wierzymy Bogu, że jego Syn, Jezus Chrystus przyszedł na ten świat dla naszego zbawienia  – przypis mój), ma żywot wieczny i nie STANIE PRZED SĄDEM, lecz przeszedł z śmierci do żywota.

Tak na chłopski rozum, czyżby Bóg nie wiedział albo ignorował fakt, ze się potykamy, że jesteśmy grzeszni i niedoskonali, ze każdemu z nas można coś zarzucić? I taki dar? Dla nas?

I list św. Pawła do Rz. 8.10    Jeśli jednak Chrystus jest w Was, to chociaż ciało jest martwe z powodu grzechu, jednak duch jest żywy przez usprawiedliwienie.

Dlatego też to, co robimy, róbmy dobrze i do końca. Biegnijmy ze wszystkich sił, szczuplejmy z uśmiechem, nie bójmy się rozmawiać o Bogu. I miejmy pewność Zbawienia, ponieważ gdy prawdziwie uwierzymy ( nie na pół gwizdka), to co w nas cielesne, zostanie przybite do krzyża, a to co duchowe, zostanie wywyższone i usprawiedliwione przez Zbawiciela.

A co Wy myślicie?

Przypowieść o przyjacielu o północy

Każdy głoszący Słowo Boże mówi także o sobie, o tym, co przeżywa, co dla niego jest ważne. Czytając Biblię odnajduję w niej sytuacje, które już przeżyłem, takie deja vu. W Łuk.11,5-12 czytamy: Któż z was, mając przyjaciela, pójdzie do niego o północy i powie mu:  Przyjacielu, pożycz mi trzy chleby, Albowiem mój przyjaciel przybył do mnie, będąc w podróży, a nie mam mu co podać. A tamten z mieszkania odpowie mu: Nie naprzykrzaj mi się, drzwi już są zamknięte, dzieci moje są ze mną w łóżku, nie mogę wstać i dać ci. Powiadam wam, jeśli nawet nie dlatego  wstanie i da mu, że jest jego przyjacielem, to dla natręctwa jego wstanie i da mu, ile potrzebuje.

Zupełnie jakbym widział siebie. Ile razy późną porą szedłem do jednego sąsiada mówiąc: mam w domu awarię,  pomóż mi, lub do drugiego rano jadę do pracy, a akumulator w motorze mi padł. I oni SZLI.  Szli narzekając pod nosem na mnie i na późną porę. I nawet nie wiedzieli, jak wielki przykład mi dają, jak fantastyczne świadectwo wystawiają samym sobie.

Dalej jest napisane: A ja wam powiadam: Proście, a będzie wam dane, szukajcie, a znajdziecie, kołaczcie, a otworzą wam (…). Gdzież jest taki ojciec spośród was, który, gdy syn będzie go prosił o chleb, da mu kamień? Albo gdy będzie go prosił o rybę da mu węża, albo o jajo, da mu skorpiona?

I teraz najważniejsze: Jeśli więc wy, którzy jesteście ŹLI, umiecie dobre dary dawać swoim dzieciom, o ileż bardziej Ojciec niebieski da Ducha Świętego tym, którzy go proszą.  Dla mnie niesamowity tekst. Oto bowiem Bóg znając nasze niedoskonałości inwestuje w nas Ducha. Inwestuje za co? Za jedną prośbę. Daje nam Ducha nie za uczynki (jesteście źli), ale z obietnicy.

Dla mnie Biblia tworzy jedną całość, jedna przypowieść wchodzi w drugą, kolejne świadectwo jest kontynuacją wcześniejszego. Dlatego też ta historia ma część dalszą.

W  Mat.16,21-28 Jezus tłumaczy uczniom, że musi udać się do Jerozolimy, aby wypełniły się zakon i proroctwa, że musi zginąć i po trzech dniach zmartwychwstać. Na to Piotr, czując się pierwszym spośród równych, wziął go na bok (aby inni nie słyszeli – przypis mój). Tam zaczął go upominać (sic!): Miej litość nad sobą Panie! To nie może przyjść na ciebie.   Piotr miał inną wizję powinności Chrystusa i gotów był jej bronić, co zresztą zrobił obcinając później ucho strażnikowi Świątyni.

Na to mocno zirytowany Jezus głośno rzekł do niego: Idź precz ode mnie szatanie! Jesteś mi zgorszeniem, bo nie myślisz o tym, co boskie, ale o tym co  ludzkie.
Łatwo jest wpaść w taką samą pułapkę, co Piotr. Wszak on chciał dobrze. Wiedział lepiej.  Tymczasem czasem trzeba się wznieść ponad nasze ego i pewność naszego sądu, aby posłuchać innych. Ponieważ dopiero wtedy jak u adwersarza nie będziemy widzieć brudnych paznokci, zaniedbania, braku wykształcenia czy też 100 innych powodów, dla których go nie szanujemy, ale zaczniemy go słuchać, może dopiero wtedy poczujemy w nas Królestwo…

Dalej ciągle zirytowany Jezus zwrócił się do osłupiałych sytuacją uczniów:  Jeśli ktoś chce pójść za mną, niech się ZAPRZE samego siebie i weźmie swój krzyż, i niech idzie za mną. Bo kto by chciał zachować życie swoje, utraci je, a kto by utracił życie swoje dla mnie, ODNAJDZIE JE (nie zachowa, nie odzyska lecz odnajdzie – przypis mój). Albowiem cóż pomoże człowiekowi, choćby cały świat pozyskał, a na duszy swej szkodę poniósł? Albo co da człowiek za duszę swoją?

Proście, a będzie wam dane, szukajcie, a znajdziecie, kołaczcie, a otworzą wam, kto by utracił życie swoje dla mnie odnajdzie je…

A jakieś podsumowanie? Najlepszym będzie ten fragment Biblii (Łuk.23, 39-43). Trzech wisi na krzyżach. Dwóch morderców i Chrystus. Jeden z tych dwóch obrócił głowę do Jezusa i począł się naśmiewać: więc to ty jesteś Chrystusem? Skoro tak, ratuj siebie i nas  (udowodnij mi, ze masz moc i władzę nad żywymi i umarłymi, ze jesteś synem Bożym). Na co ten drugi z oburzeniem: czy ty się Boga nie boisz, choć taki sam wyrok ciąży na tobie? Na nas co prawda sprawiedliwie, gdyż słuszna karę ponosimy za to, co uczyniliśmy. Ten zaś niczego złego nie uczynił. I rzekł: Jezu wspomnij na mnie, gdy wejdziesz do SWEGO Królestwa.

A więc wiedział. Wiedział, że Królestwo Boże nie pochodzi z tego świata, że Jezus jest synem Bożym. Niestety nie widział szans, aby tam wejść, gdyż był grzeszny. Pamiętacie te słowa? Proście, a będzie wam dane, szukajcie, a znajdziecie, kołaczcie, a otworzą wam, kto by utracił życie swoje dla mnie odnajdzie je…

Jezus odpowiedział: jeszcze dziś będziesz ze mną w raju.

Za jedno Słowo.

Coś o umieraniu…

Moja dobra znajoma napisała niedawno na Facebooku:  Co byś czuł, gdy­byś wie­dział, że oso­ba, na którą te­raz pat­rzysz za chwi­lę odej­dzie na zaw­sze ? ..Że każdy jej gest jest os­tatnim?..Że os­tatni raz widzisz jej uśmiech, że os­tatni raz pat­rzysz w jej oczy i widzisz w nich te cu­dow­ne is­kier­ki dające nadzieję… Że os­tatni raz możesz się do niej przy­tulić i usłyszeć bi­cie jej ser­ca.
No co.. Co byś zrobił?

Odpowiedziałem:

Miałbym pewność, że będzie jeszcze żyć bardzo długo… w moim sercu. I miałbym pewność, że ta osoba o tym wie. Wie o tym, że jest kochana, i wie o tym, że będzie pamiętana – że prozaiczne czynności, gesty, słowa, krajobrazy czy też zapachy będą tą osobę stawiać przed moimi oczami… Zawsze. W Biblii jest pięknie opisana ta sytuacja – Albowiem nikt z nas dla siebie nie żyje i nikt dla siebie nie umiera (Rz.14.7).

Dlaczego tak właśnie myślę? W X trenie Jan Kochanowski napisał (do nas, do Boga, do siebie?) po śmierci swej ukochanej, najmłodszej 5 letniej córki Orszulki „gdzieśkolwiek jest,  j e ś l i ś  jest, lituj mej boleści…” Totalna negacja Boga (500 lat temu, wtedy nie było mowy o ateizmie, za to szło się na stos) jako tego, który spuszcza na człowieka ciężar nie do zniesienia. Pytanie do do dzisiaj aktualne – dlaczego? Dlaczego chorują i umierają moi bliscy? Dlaczego ja? Dlaczego wokół jest tyle zła? Dlaczego? Dlaczego?! Moja odpowiedź nie jest odpowiedzią na świeżą ranę, może jednak komuś się przyda.

Dlatego, że człowiek musi sam odpowiedzieć sobie na to pytanie.  Opierając się na własnym rozumie, własnym sercu i własnej duszy. Dlatego te odpowiedzi będą różne. Czasem te odpowiedzi są prozaiczne. Dzisiaj przeżywałem w mojej pracy kontakt z odchodzącą, 40 letnią kobietą z rakiem szyjki macicy, z przerzutami. Ten stan nie powstał z dnia na dzień. Ta dziewczyna do niego d o p u ś c i ł a.  Moja 30 letnia koleżanka po pierwszym kontakcie z pacjentką od razu się zadeklarowała – jutro idę do ginekologa. Może ta kobieta zachorowała, aby jej bliscy zaczęli się badać i ewentualnie leczyć? Aby zrozumieć, że wszelkie doświadczanie przez Boga jest dla naszego dobra?  Tu mi się nasuwa fragment z Biblii – Obj.3.15-19.  Zwłaszcza ostatnie zdanie: ” Tych, których miłuję, karcę i smagam.”  Bóg tych których miłuje (którzy mają szansę lub pewność Zbawienia – przypis mój) doświadcza. Tak jak kiedyś każdy w obawie przed oszustwem zagryzał monetę, aby sprawdzić, czy nie jest fałszywa. Nie doświadcza tych, którzy Go odrzucają. Jan Kochanowski też do tego musiał dojść. W trenie XIX opisuje spotkanie z duchem matki mówiącym: O to sie ty nie frasuj, a wierz niewątpliwie,
Że twoja najmilejsza Orszuleczka żywie. Od negacji do pogodzenia się z losem. Jan Kasprowicz w Księdze Ubogich napisał coś ważnego – przestałem wadzić się z Bogiem… Podobnie jak ja. Ale o tym dalej.

2 Kor 6.4 : Ale we wszystkim okazujmy się Sługami Bożymi, w wielkiej cierpliwości, uciskach, w potrzebach, w utrapieniach… I dalej.  Jak  okazujemy się Sługami Bożymi (albo po prostu Synami i Córkami -przypis mój)  2 Kor 6. 8-10:  Przez chwałę i hańbę, przez zniesławienie i przez dobrą sławę; jako zwodziciele, ale jednak prawi (wszystko można nam zarzucić, serce jednak jest Boże – przypis mój), Jako nieznani, a jednak znani (wszyscy mnie znają, ale czy mnie znają? czy tylko mają własne wyobrażenie o mnie i mi podobnych?), jako umierający a oto żyjemy; jako karani, a jednak nie zabici, Jako zasmuceni, ale zawsze weseli,, jako ubodzy, jednak w i e l u  ubogacający, jako nic nie mający, a jednak wszystko posiadający.   Uff…

Dlaczego tak właśnie myślę? Dlatego, że mnie bezpośrednio dotyczy ten fragment Biblii. Przesłał mi go w SMS mój syn. Fil 4.11-13: A nie mówię tego z powodu niedostatku, bo nauczyłem się przestawać na tym co mam.  Umiem się ograniczyć, umiem też żyć w obfitości; wszędzie i we wszystkim jestem wyćwiczony; umiem być nasycony, jak i głód cierpieć, obfitować i znosić niedostatek. Wszystko mogę w tym, który mnie wzmacnia, w Chrystusie.

Gdy byłem bardzo młody, moja matka regularnie mnie katowała. Nie wystarczało jej zwykłe bicie. Musiała połączyć kabel z krwią,  wymioty z upokorzeniem. Uciekałem z domu. Głodowałem. Byłem wtedy szczęśliwy -z dala od matki. Równocześnie traciłem część duszy, gdyż wołałem tak jak wieszcz – gdzieśkolwiek jest, jeśliś jest, lituj mej boleści! Nie miałem żadnych wartości. Do tej pory mam problem z interpretacją emocji i intencji ludzi mi bliskich. I oto poznałem kogoś, kto we mnie uwierzył. Dlatego, że pomodliłem się o kogoś, kto będzie mnie kochać.  Gdy przyjechałem do BB miałem w rekach 2 walizki, oraz, co najważniejsze, w i a r ę w Boga.  Który mnie karci i smaga, któremu n a  m n i e zależy. Dzisiaj już się nie boję. Nie boję się głodu, choroby ani bólu. Dlaczego? O tym mówi Psalm 23. Przeczytajcie go.

To jest właśnie odpowiedź oparta na mojej duszy.

Pan mój, Bóg mój.

Niemożliwe

Dzisiaj na nabożeństwie niedzielnym młody, 20 letni człowiek w swoim wystąpieniu opowiadał o Bogu. Odniósł się do filmu ” Niemożliwe”, którego główny bohater będąc na wakacjach z rodziną martwi się o swoją pracę, gdzieś tam, w domu. Tymczasem przyszła fala tsunami zabijając w 2004 roku ok 200 000 ludzi. Rodzina zostaje rozproszona, szukają się nawzajem. Ten młody mężczyzna mówił o tym, że on jest pod opieką, że ma pewność tego, że nic z tego co jest doczesne i cielesne nie ma znaczenia, gdyż Bóg o nim pamięta.

Symeon, człowiek sprawiedliwy i pobożny (Łuk 2.28-35) miał objawione przez Ducha Św, że nie umrze, póki nie ujrzy Zbawiciela. Kiedy Józef i Maria przyszli z synem do świątyni, aby dopełnić formalności zakonu, podszedł do nich, wziął na ręce niemowlę i zawołał: teraz puszczasz sługę swego, Panie wg słowa swego w pokoju, gdyż oczu moje ujrzały zbawienie twoje, które przygotowałeś przed obliczem wszystkich ludów:  Światłość która oświeci pogan i chwałę ludu twojego izraelskiego. Pobłogosławił Józefa i Marię i rzekł: Oto ten tutaj przeznaczony jest, aby upadło przezeń i powstało wielu w Izraelu, i aby był znakiem, któremu sprzeciwiać się będą. I aby były ujawnione myśli wielu serc i aby także t w o j ą  własną duszę przeniknął m i e c z.

To ostatnie zdanie jest skierowane do każdego z nas. Cóż to za miecz przenikający naszą duszę? O tym dalej.

Po proroctwie symeonowym, mówiącym o tym, że Światłość oświeci pogan, Jezus będąc już dojrzałym mężczyzną zaczął naszą drogę do Zbawienia. Cały czas dojrzewał. Wędrując z uczniami w okolicach Sydonu, napotkał niewiastę kananejską. Kananejczycy, podobnie jak Samarytanie  byli w oczach Żydów poganami, z którymi nie można było się kontaktować. Toteż, gdy ta niewiasta wołała zmiłuj się nade mną Panie, Synu Dawida! przyspieszył kroku. Ta wołała dalej: córka moja opętana jest przez demona, zmiłuj się! Uczniowie zwrócili się do Jezusa: Panie odpraw ją, to Kananejka! Potwierdzając to Jezus odpowiedział: jestem posłany t y l k o do zaginionych owiec Izraela. I przyspieszył. Tymczasem ona dogoniła ich, złożyła mu pokłon i rzekła: Panie pomóż mi. Naprawdę zirytowany Jezus rzekł do niej: niedobrze jest zabierać chleb dzieci i rzucać go szczeniętom (czyli uzdrawiać, nauczać kogokolwiek spoza narodu wybranego – przypis mój). Ona: tak Panie, ale i szczenięta jedzą okruchy, które spadają ze stołów panów ich. Jezus był w szoku. Oto poganka wierzyła w Niego, w jego moc! Żydzi go negowali, a ta kobieta wydała świadectwo!  Do swoich swej własności przyszedł, ale swoi go nie przyjęli! (Jan.1.11) Odpowiedział: niewiasto, wielka jest wiara twoja, niechaj ci się stanie, jak chcesz.

Tym jednym zdaniem zrobił sobie wrogów wśród wszystkich faryzeuszy i uczonych w piśmie. Uzdrowił pogankę!

Później było jeszcze ciekawiej. I lepiej – dla nas. W Mat.8.5-13 opisane jest, jak do Chrystusa przyszedł setnik. Rzymianin, poganin, żołnierz, okupant. Zwrócił się doń: Panie sługa mój leży w domu sparaliżowany i bardzo cierpi. Jezus trochę lekceważąco odpowiedział: przyjdę i uzdrowię go  (nie określił kiedy, a to, że rozmawia z Rzymianinem było kolejnym powodem oburzenia dla Żydów). Tymczasem setnik odparł: Panie, nie jestem godzien, abyś przyszedł pod dach mój, ale powiedz tylko słowo, a będzie uzdrowiony sługa mój. Szok dla uczniów, ciężkie zdziwienie Nauczyciela. Zwrócił się do nich (i przede wszystkim do nas) – zaprawdę powiadam wam, u  n i k o g o w Izraelu tak wielkiej wiary nie znalazłem. Powiadam wam: wielu (pogan – przypis mój) przybędzie ze wschodu i zachodu (na północy było morze, na południu pustynia), i zasiądą do stołu z Abrahamem, Izaakiem i Jakubem w Królestwie Niebios. Synowie zaś Królestwa (czyli Żydzi, którzy nie przyjęli Jezusa) będą wyrzuceni na zewnątrz, tam będzie płacz i zgrzytanie zębów. A do setnika: idź, a jak u w i e r z y ł e ś niech ci się stanie. To właśnie wtedy Jezus Chrystus uwierzył i zainwestował w pogan (czyli nie-Żydów). Uwierzył we m n i e, i dał mi szansę zbawienia.

W Chłopach Reymonta Boryna po urazie w głowę był pół roku w śpiączce. Wczesną wiosną słysząc śpiewające ptaki przebudził się, wstał z łóżka i w samej koszuli nocnej poszedł na swoje pole. Tam nabrał do podołka ziemi i, myśląc, że to ziarno zaczął siać. Zrobiwszy kilka ruchów umiera. Umiera szczęśliwy, w blasku słońca, pracując. Jaka to musiała być podświadoma siła, która pozwoliła mu wbrew wszystkiemu iść na to pole i zrobić coś, co było sensem jego życia.

Jakaż to siła w Mocy Bożej, że tak zmienia człowieka! Miecz, który przeniknął duszę niewiasty kananejskiej i setnika sprawił, że uwierzyli. Ten sam miecz sprawił, że uwierzyłem ja.  Miecz ten wyciął ze mnie to, co zbędne, co przeszkadzało w owocowaniu, a właściciel tego miecza nawiózł mnie, użyźnił i podlał, abym wydawał owoc.

Dlaczego ja?

Dlaczego ja?  Skąd ta potrzeba pisania bloga o takiej nietypowej dzisiaj tematyce? Wielu ludzi mnie zna, wielu kolegów i przyjaciół, wielu kumpli. I każdy jest zaskoczony… Tomek, Hans … o Bogu? Ja sam jestem trochę zaskoczony. Znaleźć we mnie można wszystko, idealny materiał do krytyki i wytykania palcem. A tu taka zagwozdka… Skąd?

Iz. 6.5-8. I rzekłem: Biada mi! Zginąłem, bo jestem człowiekiem nieczystych warg i mieszkam pośród ludu nieczystych warg, gdyż oczy moje widziały Króla, Pana Zastępów. Wtedy przyleciał do mnie jeden z serafów (aniołów-przypis mój), mając w ręku rozżarzony węgielek, który szczypcami wziął z ołtarza, I dotknął moich ust, i rzekł: Oto dotknęło to twoich warg i usunięta jest twoja wina, a twój grzech odpuszczony. Potem usłyszałem głos Pana, który rzekł: Kogo poślę? I kto tam pójdzie? Tedy odpowiedziałem: Oto jestem, poślij mnie!

Dlaczego ja? Jest tylu wierzących, a jednocześnie nikt Słowem ani Duchem nie pokazuje, że wierzy. Wielu uczestniczy, równocześnie jednak unikają rozmowy o Bogu, tak jakby to była rozmowa o własnej śmierci. Skąd to się bierze? Z braku chęci, wykształcenia, czy po prostu z braku pewności zbawienia?

Iz. 6.9-10.  A on rzekł: Idź  i mów do tego ludu: Słuchajcie mnie bacznie, lecz nie rozumiejcie, i patrzcie uważnie, lecz nie poznawajcie! Znieczul serce tego ludu i dotknij jego uszy głuchotą, a jego oczy ślepotą, aby nie widział swoimi oczyma i nie słyszał swoimi uszyma, i nie rozumiał swoim sercem, żeby się nie nawrócił i nie ozdrowiał!

Wynika z tego, że posyłając Chrystusa Bóg wiedział, że tak będzie, że większość ludzi będzie patrzeć i nie widzieć, będzie słuchać i nie słyszeć, że wręcz odrzuci szansę Zbawienia. Dlaczego?

1 Kor.1.18. Albowiem mowa o krzyżu (Bogu – przypis mój) jest głupstwem dla tych, którzy giną, natomiast dla nas, którzy dostępujemy zbawienia, jest mocą Bożą.

Jaka jest moja rola w tym podziale na śmierć i Życie? Dlaczego ja? Po  co?  Po to, aby wypełnił się Boży plan wobec mnie i mi podobnych. Jaki to plan?

Iz.65.1. Byłem przystępny dla tych, którzy o mnie nie pytali, dałem się znaleźć tym, którzy mnie nie szukali. Oto jestem, oto jestem, mówiłem do narodu, który n i e  b y ł nazwany  m o i m   i m i en i e m.

Bóg zwrócił się  ponad głowami narodu wybranego, ponad głowami wszystkich chrześcijan bezpośrednio do synów i córek. Do tych wszystkich, którzy Nim żyją i chcą o Nim świadczyć.  Którzy słuchają Jego Słowa i zachowują Je.  Także do mnie. Dlaczego? I list Pawła 8.30. A których przeznaczył, tych i powołał, a których powołał, tych i USPRAWIEDLIWIŁ, a których usprawiedliwił, tych i uwielbił.

W Ewangelii św.Jana 3.16-18 jest napisane:  Albowiem Bóg tak umiłował świat, że Syna swego jednorodzonego dał, aby każdy, kto weń wierzy, nie zginął, ale miał żywot wieczny. Bo nie posłał Bóg Syna na świat, aby sądził świat, lecz aby świat był przez niego zbawiony. Kto wierzy w niego, nie będzie SĄDZONY;  kto zaś nie wierzy, już jest osądzony, dlatego, że nie uwierzył w imię  jednorodzonego Syna Bożego.

I to jest odpowiedź na moje  dlaczego ja? Tak Bóg umiłował także mnie, że Syna swego dał, abym, skoro w niego prawdziwie wierzę nie zginął i miał żywot wieczny, abym, skoro w Niego prawdziwie wierzę,  nie poszedł na sąd.

I abym miał moc i siłę, aby o Nim świadczyć, także tutaj, na tym blogu.

albowiem Królestwo Boże zasadza się nie na słowie lecz na mocy (1 Kor 4.20)

Kiedy przeczytałem po raz pierwszy ten fragment Biblii, miałem o czym myśleć.  Cały świat, jeżeli chodzi o wiarę, opiera się na Słowie.  Słowie słuchanym, zaliczonym w niedzielę, ale czy przeżytym? Czy język nie jest teraz szybszy niż serce? Gdy słyszę wokół siebie wypowiadane pod byle pretekstem słowa – o Boże, o Jezu, Jezus Maria – mówię, to miłe, ale mam na imię Tomek, nie mów do mnie o Boże. Jest taki przepiękny fragment w Biblii z 2 Kor 5.16 – 19. Mówi on o tym, co może zdziałać w człowieku moc Boża, jak go zmienić. Rozejrzyjmy się naokoło. Ludzkim okiem widzimy głupotę, niewiarę, sobiepaństwo, brud, chamstwo etc. Ale oto nagle poznajemy jakiegoś brudnego, śmierdzącego człowieka bez pracy i mieszkania. I on nas zawstydza. Zawstydza nas, ponieważ żyje z Bogiem i ma w nosie przymusy dzisiejszej cywilizacji. Jest jak Łazarz. Zawstydza nas, ponieważ my żyjemy pewnym rytmem – w tygodniu praca, a w niedzielę do kościoła na nabożeństwo. W tym rytmie nie ma miejsca na Boga, na chwilę refleksji. Niedzielne nabożeństwo staje się rutyną (bo tak wypada) nie wnoszącą nic w nasze życie. I oto nagle okazuje się, że człowiek niegodny (wg naszego odczucia) daje świadectwo, świadectwo z mocy. Oto ten najgorszy porywa za serce. Jest przypowieść, kiedy uczony w piśmie modli się w Świątyni mówiąc, dziękuję Ci Boże, że nie jestem jako ten celnik… Celnik zaś w tym samym czasie mówi Boże, bądź miłościw mnie grzesznemu. Żyjmy z mocy (1 Kor 3. 10 -13), żyjmy mocą (potrzebą) głoszenia Słowa, bądźmy przykładem – nie uczynków, ponieważ są one ulotne, ale czucia i myślenia. Przykładem ducha, a nie ciała.  Albowiem to duch wyzwala, a ciało niewoli. Bądźmy ochrzczeni nie wodą, ale  duchem i ogniem. Żyjmy. Żyjmy nie dla tu i teraz, ale żyjmy po to, aby świadczyć. Świadczyć, że Jezus ma moc, że Bóg poprzez Syna Człowieczego dał nam pewność Zbawienia. Nie poprzez blogi i słowa, ale poprzez moc BOŻĄ.