Statystyki

  • Wszystkich wizyt: 5383
  • Dzisiaj wizyt: 1
  • Wszystkich komentarzy: 23

Miesięczne Archiwa: Marzec 2013

Figi i winogrona czyli co możemy dać swoim najbliższym.

Pewien człowiek przyszedł do swojej winnicy i zaczął rozmawiać z pracującym dla niego ogrodnikiem (Łuk 13; 6-9). Oto od trzech lat przychodzę, aby szukać na tym drzewie figowym owocu i nie znajduję go. Wytnij je, niech nie zajmuje cennej ziemi pod uprawę. Tamten: Panie, pozostaw je jeszcze przez rok. Obkopię je i obłożę nawozem. Może wyda w ciągu roku owoce,  jeśli nie, wytniesz je.

Bóg wierzy w każdego z nas. Jesteśmy jego inwestycją. Zainwestował w nas własnego Syna. Wierzy, że wreszcie owoc wydamy. Daje nam wszelkie możliwości ku temu, ale nie na zawsze. W Objawieniu św. Jana apostoł pisze w liście do zboru w Laodycei: Obyś był zimny albo gorący, bo jeśliś letni, wypluję cię z ust moich. Czyli, że woli, abyśmy gorąco wierzyli i owocowali, albo wcale, ponieważ to, że chodzimy na nabożeństwa powodowani tylko tradycją lub wychowaniem, a nie dajemy nic z siebie, nic nie daje, jest wręcz dla nas zabójcze. Jeden z protoplastów mojego zboru za swojego życia mawiał: jak długo jeszcze będziesz nadłamaną gałęzią? Gałęzią pijącą sok Słowa Bożego, a nie owocującą? Jak długo jeszcze będziesz letni?

Dlaczego to takie ważne?

W ewangelii (Mat 21; 18-22) czytamy o tym, jak Jezus, będąc głodnym i spragnionym, podszedł do drzewa figowego, aby zerwać kilka owoców i się najeść. Na gałęziach nie było żadnego. Drzewo było rosłe, zielone, miało mnóstwo liści. I żadnego owocu. Rzekł Jezus do tego drzewa: obyś nie zaowocował już na wieki. I uschło drzewo figowe.

Pewien nobliwy już wiekiem brat na nabożeństwie zwrócił się do wszystkich obecnych z pytaniem: czy przychodzicie tutaj z rutyny? Z przyzwyczajenia? Bo tak was wychowano? Czy też może z potrzeby serca, z poczucia pewności Zbawienia? Jeżeli Jezus Chrystus zasiał w nas Ziarno, dał nam Swoją zaródź, czyż nie może oczekiwać owocobrania?

Uczniowie się zdumieli: Jakże prędko uschło drzewo figowe! Jezus odpowiedział im: Zaprawdę powiadam wam (czyli było to bardzo ważne – słowo zaprawdę było bardzo mocnym podkreśleniem – uwaga moja),  jeślibyście MIELI WIARĘ I NIE WĄTPILI, nie tylko to, co się stało z tym drzewem figowym uczynicie.

Jeślibyście mieli wiarę i nie wątpili… To tak można? Wierzyć w Boga, w Jego Syna, w życie wieczne – i wątpić? Czyli, że Jezus przewidział, że obok wiary może być brak wykonania i może być wątpliwość. Jaka wątpliwość? Niektórzy młodzi ludzie pytani przeze mnie, skąd mają takie poczucie identyfikacji i poznania Boga, odpowiadali mi: od dziadka i babci. Rozmawialiśmy z nimi od małego o Bogu, tak samo nasi rodzice. Dlatego tez nie mamy żadnych wątpliwości, mamy pewność Zbawienia. Teraz ci młodzi ludzie przychodzą z niemowlętami, czy też trochę większymi dzieciaczkami na nabożeństwa i dają im to samo, co otrzymali. Są jednak odwrotne sytuacje. Na pytanie czemu jesteś taki zagubiony, czemu masz wątpliwości i nie widzisz Boga w swoim życiu, młody człowiek odpowiadał: moi rodzice też mają wątpliwości. Kiedy chciałem się czegoś dowiedzieć o Bogu i zadawałem pytania, nie potrafili mi odpowiedzieć. Teraz już się nie pytam… obyś nie zaowocował już na wieki…

Rozmawiajmy ze swoimi dziećmi, odpowiadajmy na ich pytania, opowiadajmy im o Bogu. W (Jan 15 ; 1-16) czytamy: Ja jestem prawdziwym krzewem winnym, a mój ojciec winogrodnikiem. Każdą latorośl (czyli gałąź), która we mnie nie wydaje owocu, odcina, a każdą, która wydaje owoc oczyszcza, aby wydawała obfitszy owoc. I dalej: wy już jesteście CZYŚCI dla słowa, które wam głosiłem. Trwajcie we mnie, a Ja w was. Jak latorośl sama z siebie nie może wydać owocu, jeśli nie trwa w krzewie winnym, tak i wy, jeśli we mnie trwać nie będziecie. Ja jestem krzewem winnym, wy latoroślami. Kto trwa we mnie, a ja w nim, ten wydaje wiele owocu, beze mnie NIC UCZYNIĆ NIE MOŻECIE. I dalej (wiersz 8): Przez to uwielbiony będzie ojciec mój, jeśli obfity owoc wydacie i staniecie się UCZNIAMI MOIMI. Czyli nie ma owocu – nie jesteś uczniem… Mocne. W takim razie proste pytanie – czym jest owoc? Dla mnie to rozmowa z siostrą nie o polityce, ale o zrozumieniu Słowa Bożego, to pokazywanie mojemu dziecku, że są rzeczy stokroć ważniejsze od gry komputerowej czy klocków lego, że OBIAD w domu jest sto razy lepszy od jakiegoś fast foodu. Owoc to nie chodzenie na nabożeństwa, owoc to pewność Bożej obecności i codziennego oddziaływania Boga na synów i córki.

I ostatnie, ważne zdanie z tej ewangelii (wers 16): Nie wy mnie wybraliście, ale ja was wybrałem i przeznaczyłem was,  abyście szli i owoc wydawali ( tu nie chodzi o nawracanie  kogoś na siłę ) i aby owoc wasz był TRWAŁY, by to, o cokolwiek byście prosili Ojca w imieniu moim, dał wam.

Więc żyjmy i owocujmy.

 

Jezus Chrystus wczoraj i dziś, ten sam i na wieki (Hbr 13,8)

Przyszli do Jana, kiedy ten chrzcił nad Jordanem faryzeusze i uczeni w Piśmie pytając: jaką mocą chrzcisz? Czy jesteś Eliaszem? Prorokiem? Odpowiedział im mówiąc o Chrystusie  (Jan 1, 30-33): To jest Ten, o którym powiedziałem:  Za mną idzie mąż, który był przede mną, bo pierwej był niż ja. I ja go nie znałem (czyli nigdy wcześniej go nie widział); lecz dlatego przyszedłem chrzcząc wodą, aby był objawiony Izraelowi. I dalej: Widziałem Ducha, zstępującego z nieba jakby gołębica; i spoczął na nim. I jago nie znałem (mówi to po raz drugi); lecz ten, który mnie posłał, abym chrzcił wodą (czyli Bóg), rzekł do mnie: Ujrzysz tego, na którego Duch zstępuje i na nim spocznie, TEN CHRZCI DUCHEM ŚWIĘTYM.

W naszym zborze na ścianie wisi w ramce tekst zawarty  w tytule. Tekst do myślenia i czucia.

Jezus Chrystus wczoraj.

W wkrótce po tym, gdy na weselu w Kanie Jezus zamienił wodę w wino, nauczał w Galilei. Przybył do niego dworzanin królewski prosząc Go o uzdrowienie syna (Jan 4, 45-54). Człowiek znaczny i majętny, przywykły do wydawania rozkazów. Zwrócił się do Jezusa, prosząc Go, aby wstąpił do jego domu i uzdrowił chorego syna, który był bliski śmierci.  Dom dworzanina znajdował się w odległości całego dnia drogi.  Jezus  odpowiedział: Jeśli nie ujrzycie znaków i cudów, nie uwierzycie. (Nawiasem mówiąc skąd dzisiaj wśród ludzi taka potrzeba cudów, cudownych uzdrowień, znaków końca czasów czy wreszcie wróżek, przepowiedni? – przypis mój).  Dworzanin, jakby nie było uparty i nie uznający odmowy, znowu rzekł: Panie, wstąp, zanim umrze dziecię moje. Odpowiedział mu Jezus: Idź, syn twój żyje. I oto człowiek, nawykły do wydawania rozkazów, miał przyjąć polecenie, mało tego, miał uwierzyć jakiemuś rabbiemu na słowo. Wiedział przecież, jak wtedy leczono ludzi – modlitwą przy łożu, nakładaniem rąk, nigdy na odległość. Uwierzył. Odszedł. Gdy dochodził do domu służba zawołała: gorączka opadła, twój syn żyje! Kiedy to było?Wczoraj o godzinie siódmej. I uwierzył dworzanin i cały dom jego – w to, że JEZUS MA MOC.

Jezus Chrystus dziś…

Chodził Paweł po Grecji i nauczał (Dz.Ap.19, 1-7). W drodze z Koryntu do Efezu – a były to największe zgromadzenia chrześcijan w ówczesnej Grecji – napotkał kilkunastu uczniów. Będąc neofitą, człowiekiem, który dość niedawno uwierzył w Chrystusa, zapytał się ich: Czy otrzymaliście Ducha Świętego, kiedy uwierzyliście? Oni mu na to: Nawet nie słyszeliśmy, że jest jakiś Duch Święty. Pawłowi opadły ręce. Jak to możliwe? Tak długo są uczniami i nie wiedzą? On chciał się na nich zbudować, a tu jest to niemożliwe. Przyszedł się nakarmić i odziać u nich Słowem, a okazało się, że oni sami głodni i goli… Zwrócił się do nich: Jak więc zostaliście  ochrzczeni? Chrztem Janowym (czyli wodą).  Paweł pozbierawszy się do kupy odpowiedział: Jan chrzcił wodą ku upamiętaniu i mówił ludowi, aby uwierzyli w tego, który przyjdzie po nim, czyli w Jezusa. Gdy to usłyszeli, zostali ochrzczeni chrztem Jezusowym, a gdy Paweł złożył na nich ręce, zstąpił na nich Duch Święty.

Jezus Chrystus ten sam i na wieki…

Dzisiaj na nabożeństwie nasz najstarszy brat, coś pod osiemdziesiątkę, powiedział coś bardzo ważnego. Czy przychodzicie tutaj, na niedzielne nabożeństwo z RUTYNY? Żeby odfajkować obecność? Czy dla czegoś większego? Św.Paweł napisał (1 Kor.1,17): Nie posłał mnie bowiem Chrystus, abym (tylko – przypis mój) chrzcił, ale bym zwiastował dobrą nowinę, i to nie w mądrości mowy ( wszak o Bogu może mówić każdy, niezależnie od wykształcenia, wszak Boży to dar – przypis mój), aby krzyż Chrystusowy nie utracił mocy.   Dworzanin królewski uwierzył Słowu Chrystusowemu wbrew całemu swojemu wychowaniu, wbrew własnemu rozumieniu i inteligencji, wbrew swojemu poczuciu władzy w całej Galilei, swojemu poczuciu nieomylności. Uczniowie po wielu latach chodzenia i UCZENIA SIĘ BOGA nawet nie poznali mocy Ducha Świętego. Możemy się chrzcić, uczęszczać w komuniach św, konfirmacjach, obrządkach, pielgrzymkach etc, brać śluby kościelne w tym czy w tamtym obrządku, ale to nie daje nam pewności zbawienia. Albowiem tylko Chrystus chrzci DUCHEM ŚWIĘTYM. Możemy wypełnić wszystkie obrządki. Jeśli jednak nie będziemy mieli w sobie Ducha Jezusowego, nic to nam nie da. Wiary w jedno słowo – idź, twój syn żyje… A więc – uczęszczamy na nabożeństwa z rutyny? Bo tak wypada? Czy też pcha nas do zboru czy kościoła siła, której nie tylko nie chcemy się oprzeć, ale którą żyjemy… Bóg?

Stracone zaproszenie

Obj.22.17     A duch i oblubienica mówią: Przyjdź! A ten, kto słyszy niech powie: Przyjdź! A ten, kto pragnie, niech przychodzi, a kto chce, niech darmo weźmie wodę żywota.

…A duch i oblubienica mówią: Przyjdź!…

Poszło w świat zaproszenie od Oblubieńca na wesele. Poszło do ludzi godnych. Poszło także do rolnika, żołnierza i przedsiębiorcy. Młodszy brat rolnika zwrócił się do swego ojca: Ojcze, daj mi część majętności, która na mnie przypada. Wtedy ten rozdzielił majętność. A po niewielu dniach młodszy syn zabrał wszystko i odjechał do dalekiego kraju, i tam roztrwonił swój majątek, prowadząc rozwiązłe życie.(Łuk.15,12-13). Starszy w głębi serca się ucieszył, oto ulubieńca Ojca już nie ma, wszystko będzie teraz moje. Drugi człowiek, mój przyjaciel, żołnierz zawodowy, snajper, słysząc zaproszenie odpowiedział: oto jestem żołnierzem, kocham wojsko, kocham swój mundur, uwielbiam swój karabin za kilkadziesiąt tysięcy zł, daj mi czas. Chcę się wykazać, jadę na misje. I pojechał. Zostawił żonę z małymi dziećmi, i pojechał. Najpierw do Bośni, potem kilka razy do Iraku i do Afganistanu. Tam walczył, wykazał się. Tam zabijał. Trzeci, kiedy jeszcze był biedny, odpowiedział Oblubieńcowi, poczekaj. Jadę właśnie na Zachód, aby zarobić na utrzymanie mojej żony i dzieci i  aby kupić wymarzonego mercedesa.

…A kto usłyszy, niech powie Przyjdź!…

Starszy brat ciężko pracował na roli, pomagał ojcu, ciesząc się w sercu, że jest jedyną podporą rodzica. Tymczasem ten, nie mając żadnych wieści o młodszym synu troskał się, czy ten jeszcze żyje. Żołnierz po wielu latach wojaczki (ciągły stres, brak szacunku dla życia, wszak człowiek to cel w lunecie) na prośbę swojej żony przestał jeździć na misje. W domu nie mógł się odnaleźć, brakowało mu adrenaliny, nie umiał już żyć jak inni. Zaczęły się jakieś bójki w koszarach, kłopoty z przełożonymi. Trzeci po kilkunastu latach na obczyźnie powiedział sobie: oto mam już majętność, mogę założyć w kraju własną firmę, mam ekskluzywny wóz, wracam do domu, gdyż nawet nie znam własnych dzieci.

…A ten, kto pragnie, niech przychodzi…

I wrócił młodszy syn. Ojciec, widząc go z daleka, podbiegł do niego i ucałował go. Syn rzekł do niego: Ojcze, zgrzeszyłem przeciwko niebu i przeciwko tobie, już nie jestem godzien nazywać się synem twoim. Ojciec zaś rzekł do sług: ubierzcie go w piękne szaty, dajcie mu pierścień i sandały, zabijcie tuczne cielę, weselmy się, Dlatego, że ten syn mój był umarły, a ożył, zaginął, a odnalazł się (Łuk.15,20-23). Mój przyjaciel miał dobrych przełożonych, nie chcieli usuwać go z armii. Zrobili go szkoleniowcem snajperów, ćwiczył komandosów. Dalej nie potrafił się dogadać z żoną. W końcu nadszedł dzień, gdy podczas manewrów wojskowych, które obserwował Prezydent RP, jakiś generał wymyślił, aby przed lożą, gdzie on przebywał zrzucić desant spadochronowy. Żołnierz także skakał, skakał z całym oporządzeniem bojowym i karabinem maszynowym, w sumie przeszło 50 kg obciążenia. Trafił na asfalt. Noga złamana w wielu miejscach, pół roku szpitala, gwoździe i szyny w kościach. Zatęsknił za normalnym życiem, za żoną i dziećmi. Było za późno, żona odeszła. Biznesmen po powrocie odkrył, że nie ma kontaktu z dziećmi, że nie interesują ich rozmowy o Bogu. Kochały go, ale nie rozumiały jego słów. Wrócił do swego Zgromadzenia, do braci i sióstr w Chrystusie. Wrócił sam.

…A kto chce, niech darmo weźmie wodę żywota…

Starszy brat wrócił z pola i oburzony ujrzał młodszego w ramionach ojca. Powiedział mu: oto tyle lat służę ci i nigdy nie przestąpiłem rozkazu twego, a mnie nigdy nie dałeś nawet koźlęcia, abym się mógł zabawić z przyjaciółmi swymi A dla tego tu kazałeś zabić tuczne cielę. Synu, ty zawsze jesteś ze mną i wszystko moje jest twoim. Należało zaś weselić się i radować, że ten brat twój był umarły, a ożył, zaginął, a odnalazł się. (Łuk, 16, 28 – 32)  Ojciec był zasmucony, że oto starszy syn, pierworodny, będąc całe życie w pobliżu niego (czyli Boga), ocierając się o tak ważne tematy, ma w sercu zadrę  zamiast radości, gniew zamiast miłości. Żołnierz wyprowadził się z domu, stracił żonę i dzieci, stracił zdrowie, został sam, bez bliskich ludzi i bez Boga. Biznesmen którejś niedzieli wracał od razu po nabożeństwie do domu, był pełen smutku. Nagle zatrzymał się i pomyślał: wracam do rodziny, która mnie nie rozumie, a tam z tyłu, w zborze jest agapa, tam są moi prawdziwi bracia i siostry. Zawrócił.

Ci, którzy zostali zaproszeni na Wesele odmawiali, bo myśleli, że zdążą. Zdążą zrobić karierę, zarobić pieniądze, że zawsze zdążą okazać uczucie bliskim, że wreszcie kiedyś tam będą mieć czas, aby pomyśleć o Bogu. Tymczasem zaproszenie od Oblubieńca jest tu i teraz, jutro będzie za późno. Więc obróćmy się, powiedzmy najbliższym: Kocham Cię, pomódlmy się w sercu i podziękujmy, za to, co mamy. Bowiem z tych trzech wiary, nadziei i miłości największa jest miłość.