Statystyki

  • Wszystkich wizyt: 5237
  • Dzisiaj wizyt: 1
  • Wszystkich komentarzy: 23

Miesięczne Archiwa: Grudzień 2013

Jeżeli będziesz zważał na winy Panie, Panie, któż się ostoi? – Psalm 130,3

Dusza moja oczekuje Pana, Tęskniej niż stróże poranku, bardziej niż stróże poranku – pisze dalej psalmista w wierszu 6.  Co w nas, ludziach, siedzi tak naprawdę? Skąd ten ogromny dysonans szarpiący nasze trzewia i serce od środka? Czy nasze rozterki są tylko nasze? Czy ktoś je już przeżywał?

W XVI wieku niemiecki teolog, filozof, mistyk i przyjaciel Marcina Lutra Valentin Weigel pisał  (opieram się na książce Józefa Piórczyńskiego Absolut, Człowiek, Świat, rozdział 9):  ” Cała ludzka wiedza, książki uczonych doktorów – to mowa ślepego o barwach (czyli z samej wiedzy o Bogu nic nie wynika). Wartościowa wiedza sprowadza się w gruncie rzeczy do bezpośredniego oświecenia człowieka przez Boga. Racjonalistyczna wykładnia Biblii prowadzi do niewiary”.  Zauważyliście to również? Jest mnóstwo ludzi negujących Biblię z powodu poziomu wiedzy ogólnej. Zgoda. Tylko to do niczego nie prowadzi, gdyż Bóg to Duch, a znajomość  Biblii  to nie wiedza, ale korzystanie z Miłości Bożej na zasadzie zaciągu ochotniczego – gdyż tylko  ochotnego dawcę Bóg miłuje (2 Kor.9;7).  Każdy może pukać się w czoło na myśl o spadochroniarzu czy himalaiście. Należy jednak pamiętać, że to ich wybór, którego my nie mamy PRAWA OCENIAĆ. Tak samo jest z wiarą.

Weigel dalej pisze: ” Skoro wiara i poznanie przychodzą od wewnątrz, kapłani, którzy nauczają JEDYNIE zewnętrznego człowieka, wykonują pracę bezużyteczną”.

Kiedyś w naszym zborze nasz przyjaciel, pastor Andrzej M. stwierdził, że Ewangelia głoszona człowiekowi głodnemu i zmarzniętemu nie ma sensu tak długo, jak jest on głodny i zmarznięty. Najpierw Chleb i Odzienie, dopiero potem Słowo. Człowiek zewnętrzny to ten który jest we Wspólnocie ciałem, a nie sercem. Jest z powodu tradycji, wychowania, nawyku. Serce ma gdzieś indziej.

Weigel dalej pisze, ostro i szczerze: ” Litera nie ma wpływu na ducha. Nie pozostaje nic, co byłoby racją istnienia stanu kapłańskiego (tekst ma prawie 500 lat, jest krytyką K.K. niemniej jest po prostu ponadczasowy – komentarz mój):  Wiara nie jest wlana przez elementową wodę (chrzest – komentarz mój), a Duch św. nie wchodzi w człowieka poprzez sakramenty”. Co to jest? Bunt wobec systemu, czy też stwierdzenie faktu na podstawie obserwacji? Pamiętajmy o podstawach Protestantyzmu, kiedy była negacja wszystkiego, co oddzielało człowieka od Boga. I dalej pisze Weigel 500 lat temu: ” Absolucja (rozgrzeszenie) z obcych ust nic nie daje niewierzącemu, a wierzącemu śmierć bez spowiedzi nie czyni żadnej szkody, MA ON BOWIEM SWOJEGO KAZNODZIEJĘ I SPOWIEDNIKA W SOBIE, i ludzkie paplanie jest mu niepotrzebne”.

Któż jest w człowieku, który go prawdziwie oczyszcza? Kto ma tę Moc?

Dalej nasz Brat sprzed 500 lat pisze do nas tak: ” Skoro chrześcijaństwo funduje (buduje) się na Duchu, we wnętrzu każdej jednostki, deprecjacji ulegają wszystkie widzialne zabiegi, których celem jest otwarcie człowieka na dobro najwyższe. Prawdziwy Kościół nie zawiera w sobie nic z ziemskiego porządku, nie jest przywiązany DO OSOBY, MIEJSCA, KRAJU, NARODU, nie posiada żadnego widzialnego NAMIESTNIKA. Wszelkie pośrednictwo między Bogiem a wierzącym zostaje WYKLUCZONE „.

Negacja, rewolucja może? A może fundamenty Naszego Kościoła? Bo czymże jest Nasz Kościół?

Weigel nam, a może mi,  odpowiada tymi słowy: ” Prawdziwy Kościół jest niewidzialny, nierozpoznawalny przez zewnętrzne odznaki. Jego natura jest duchowa”. I dalej, mocno i prawdziwie: ” Święty katolicki ( z greckiego – powszechny, proszę nie mylić tego pojęcia z dniem dzisiejszym )  Kościół nie jest gromadą papieża ani gromadą Lutra, ani Mahometa, ani niektórych sekt na świecie, lecz jest on pośród wszystkich narodów, pogan i języków DUCHOWYM, NIEWIDZIALNYM ZGROMADZENIEM ŚWIĘTYCH, NOWONARODZONYCH”.

Pamiętacie tytuł? ” Jeżeli będziesz zważał na winy Panie, Panie, któż się ostoi? – Psalm 130,3″.   W Ewangelii św. Marka, w rozdziale 2 czytamy o uzdrowieniu sparaliżowanego. Czterech mężczyzn  rozebrało dach domu, aby przez dziurę spuścić na linach łoże ze sparaliżowanym przyjacielem. Kiedy łoże stanęło przed Jezusem, ten widząc ich wiarę rzekł sparaliżowanemu: Synu, odpuszczone są grzechy twoje. (Żydzi wierzyli, że każda choroba i kalectwo to skutek grzechu poszkodowanego lub jego rodziców, a więc jedyną drogą do uzdrowienia to odpuszczenie grzechów poprzez ofiary w Świątyni – komentarz mój).  Oburzyli się Żydzi słysząc te słowa, oburzyli się zwłaszcza uczeni w Piśmie. Mieli te same odczucia w sercu – on bluźni, kto może grzechy odpuszczać prócz jednego Boga? Jezus znając ich myśli rzekł im na głos : Czemuż tak myślicie w sercach swoich? Cóż jest łatwiej, rzec paralitykowi: Odpuszczone są grzechy, czy rzec: Wstań, weź łoże swoje i chodź? Lecz abyście wiedzieli, że Syn Człowieczy ma moc odpuszczać grzechy na ziemi (patrz tytuł), rzekł paralitykowi: weź łoże swoje i IDŹ DO DOMU SWEGO.

Co się stało? To był przełom! Bóg poprzez swego Syna pokazał nam, że grzech JUŻ NIE MA WŁADZY NAD CZŁOWIEKIEM! Przez Syna i Poprzez Syna! Dla nas, abyśmy dostąpili żywota…

Doszliśmy już do domu swego, Domu Bożego?  Doszedłem ja? Sam, bez Was, Bracia i Siostry, nie dojdę. Pomożecie mi, abym mógł pomóc Wam ja?

Psalmista w Psalmie 127 pisze:

„Jeśli Pan domu nie zbuduje, Próżno trudzą się ci, którzy go budują. Jeśli Pan nie strzeże miasta, Daremnie czuwa stróż. Daremnie wcześnie rano wstajecie, I późno się kładziecie, spożywając chleb w troskach: Wszak on i we śnie obdarza umiłowanego swego” . Bez tego fundamentu nie możemy rosnąć, owocować i żyć . Po prostu.

Pewien antyczny grecki filozof stwierdził wieki temu, że wszystko już było. Były różne teorie, różne zrozumienia i różne pojmowanie Boga. Niemniej wcześniej nie było mnie. Dlatego dla mnie Bóg jest ODKRYCIEM, odkryciem świeżym, mocnym i ŻYWYM. Dla mnie Jezus to nie wiedza, tradycja, ani wychowanie. To ŻYCIE.

Przyjaźń jest Darem

Znany filozof grecki Heraklit z Efezu twierdził wiele lat przed narodzeniem Chrystusa, że wszystko już było. Były łzy i rozpacz, śmiech i pragnienie, narodziny  i śmierć. Niebo, które oglądamy, oglądały przed nami miliony ludzi. Te same uczucia, te same emocje…

W Psalmie 142  psalmista daje wyraz swojemu zagubieniu: ” Głośno Pana błagam, Wylewam przed nim moją prośbę, I o niedoli mojej mu opowiadam. Gdy duch mój OMDLEWA we mnie, Ty znasz ścieżkę moją; Na drodze, którą chodzę, Zastawili na mnie sidła. Patrzę na prawo i widzę – Nikt nie zważa na mnie. Nie ma dla mnie ucieczki, Nikt nie troszczy się o mnie.” (wiersz 1-4).  Krzyk samotności człowieka, pieśń jego bezradności. Jest sam, nie ma po prawicy nikogo.

Było już coś takiego. Kiedy Nauczyciel wszedł między krużganki sadzawki Betezda w Jerozolimie,  ujrzał człowieka, który chorował już przeszło 38 lat, a który czekał na uzdrowienie w sadzawce przez anioła. Jezus podszedł do niego i zapytał, czy chce być uzdrowiony (Jan. 5; 7-8). „Odpowiedział mu chory: Panie, nie mam człowieka, który by mnie wrzucił do sadzawki, gdy woda się poruszy, zanim zaś ja sam dojdę, inny przede mną wchodzi. Rzecze mu Jezus: Wstań, weź łoże swoje i chodź.” Ten człowiek przeżył na łożu przy sadzawce 38 lat i przez te lata nie znalazł NIKOGO, kto by mu pomógł. Do tego stopnia był przytłoczony beznadziejnością swojej sytuacji, że nawet do niego nie dotarła waga słów: „czy chcesz być uzdrowiony ?”.

Można też inaczej. W Psalmie 139, w wierszach 1-5 czytamy: Panie, zbadałeś mnie i znasz. Ty wiesz, kiedy siedzę i kiedy wstaję, Ty wyznaczasz mi drogę i spoczynek, Wiesz dobrze o wszystkich ścieżkach moich. Jeszcze bowiem nie ma słowa na języku moim, A Ty, Panie, już znasz je całe. Ogarniasz mnie z tyłu i z przodu I kładziesz na mnie rękę swoją.

Ten człowiek miał ZAUFANIE  do Boga, nie był osamotniony. Przypomina mi się natychmiast inna przypowieść (Łuk. 5; 17-19), kiedy to czterech ludzi niosło sparaliżowanego do Chrystusa, aby go uzdrowił. Niestety nie mogli się do Niego dostać z powodu olbrzymiego tłumu ludzi otaczającego dom. Nie wahając się ani chwili, weszli na dach budynku, rozebrali strop ( w tamtych czasach, a także dzisiaj domy w Palestynie miały płaskie dachy) i spuścili chorego wprost przed Jezusa. Ten chory, mimo, że sparaliżowany, miał PRZYJACIÓŁ gotowych na wszystko, aby mu tylko pomóc. Mamy wokół siebie takich ludzi? Braci i Siostry? Ludzi w Chrystusie?

Jezus woła do nas (Jan. 15;15 -16): Już was nie nazywam sługami, bo sługa nie wie, co czyni pan jego; lecz nazwałem was  PRZYJACIÓŁMI, bo wszystko, co usłyszałem od Ojca mojego, oznajmiłem wam. I dalej: Nie wy mnie wybraliście, ale JA WAS WYBRAŁEM, abyście szli i owoc wydawali i aby owoc wasz był trwały, by to, o cokolwiek byście prosili Ojca w imieniu moim, dał wam.

To Bóg wybrał nas i wyposażył, dał nam swoją miłość i przyjaźń, dał nam LUDZI wokół nas. Ludzi, którzy rozbiorą dach, podzielą się chlebem, podzielą się Słowem. Braci i Siostry.

Tylko koni żal…

Psalm 144; 1-2. Błogosławiony Pan, skała moja! On zaprawia ręce moje do walki, Palce moje do boju! Łaska moja i twierdza moja, Obrona moja i wybawca mój, Tarcza moja i ucieczka moja, On mi poddaje narody.

Wydawałoby się, że to modlitwa wojownika. Wydawałoby się…

Chciałbym, abyśmy przestali być widzami. Nauczyliśmy się oceniać fakty, historię, sport czy też politykę jako bierny widz, który wszystko widzi, ocenia i komentuje samemu bynajmniej nie uczestnicząc w danym wydarzeniu. Chciałbym, abyśmy chociaż raz weszli w skórę i sposób myślenia ludzi, o których wam opowiem.

Zacznę od historii. W 1395 roku król Węgier Zygmunt Luksemburczyk zagrożony turecką dominacją poprosił papieża o zorganizowanie krucjaty w celu odbicia Bałkanów i – ponowna próba – zdominowania prawosławnej stolicy Cesarstwa  Wschodniorzymskiego, Konstantynopola. Na zew papieski ruszyły kontyngenty z Francji, Anglii, Niemiec, Polski, a także podległe Zygmuntowi lekkozbrojne oddziały z Węgier i Wołoszczyzny. Problemem było dowodzenie. Francuskie ciężkozbrojne rycerstwo nie chciało nikogo słuchać, uważali się za elitę wojowników Europy, nie bez podstaw zresztą.  Po dotarciu na Bałkany w 15 – tysięcznej armii był totalny bałagan. Węgrzy i Wołosi doskonale znali przeciwnika, ale kto by chłopów słuchał. Polacy gryźli się z Niemcami i Anglikami z powodu Krzyżaków, na nich wszystkich patrzyli z góry Francuzi i Burgundczycy. Tymczasem naprzeciwko pod Nikopolis Anno Domini 1396 stanęła osmańska armia sułtana Bajazyda. Było w niej niewiele więcej wojowników, gorzej uzbrojeni, za to zdyscyplinowani i lepiej wyszkoleni. Trzonem tej armii byli janczarzy i kawaleria spahisów.

Gdzie indziej, w innym czasie, zmęczony nakarmieniem kilku tysięcy ludzi Jezus ( Mar 4; 35)  poprosił swoich uczniów o pomoc w przeprawieniu się na drugą stronę jeziora Genezaret. Chłopaki poczuli się potrzebni i dumni z możliwości pomocy Nauczycielowi. Dumni aż do bólu. To Oni wiozą Chrystusa, to Oni są odpowiedzialni za Jego bezpieczeństwo, to Oni…  Uczniowie zorganizowali łódź, i to nie byle jaką, ale dużą żaglową łódź rybacką. Jezus usiadł na dziobie, a uczniowie ruszyli. Po jakimś czasie, kiedy okazało się, że Mistrz zasnął, na widnokręgu pojawiła się czarna chmura zwiastująca kłopoty, zapowiedź burzy, bardzo podobnej do białego szkwału na naszych Mazurach.

Gdzie indziej, w innym czasie, naprzeciw armii, a raczej pospolitego ruszenia Izraelitów stanęła doświadczona armia filistyńska.  ( Patrz 1 Księga Samuela). Jej wojownicy od wielu lat walczyli ze wszystkimi swoimi sąsiadami. Byli obeznani w walce, żądni łupów i chwały. Wśród nich największą sławą cieszył się Goliat, wojownik przerastający swoich współczesnych zarówno posturą, jak i umiejętnościami. Żaden z Filistyńczyków nie potrafił operować bronią tych rozmiarów, co ich lider. Goliat był produktem czasów, w których żył. Wtedy nie był największym wojownikiem ten, kto zabił więcej wrogów, ale ten, kto zdobył najwięcej niewolników. Dlatego też Goliat rzucił wyzwanie Izraelczykom licząc na sławę i łupy. Aby ich „zachęcić” zaczął lżyć jedynego Boga Izraela.  Po trzech dniach takiej zachęty zobaczył młodego pastucha.

Pod Nikopolis rycerstwo francuskie i burgundzkie postanowiło samo rozstrzygnąć wynik krucjaty. Jak twierdzili, na ich kopiach utrzyma się niebo w razie upadku, więc z nikim się nie będą dzielić pewnym zwycięstwem nad tak nędznym przeciwnikiem. A naprzeciwko kto? Lekka jazda, jacyś Serbowie, Tatarzy, trochę piechoty i janczarzy. Janczarzy byli specyficzną piechotą. Pochodzili jako brańcy z chrześcijańskich rodzin, wychowani byli na fanatycznych muzułmanów. Nie mieli nic własnego, wszystko dawał im sułtan, któremu byli wierni. Nie używali uzbrojenia ochronnego – tarcz, kolczug ani zbroi. Jedyną bronią był łuk (najlepszej jakości w ówczesnym świecie), szabla oraz wiara w Allaha. I na tych ludzi runęła francuska jazda. Oczywiście nie bezpośrednio. Francuzi najpierw zaatakowali lekką jazdę tatarską. Tatarzy, zamiast mężnie wystawić piersi na groty kopii, rzucili się do ucieczki. Rycerstwo z rykiem zwycięstwa ruszyło w pogoń. Jechali tak trzy kilometry, po których Tatarzy po prostu rozjechali się na boki i znikli. Teraz odrobina wyobraźni, czytelniku. Jesteś rycerzem w zbroi. Razem z bronią – mieczem, koncerzem, toporem, tarczą i kopią ważysz około 150 kilo. Wyobraź sobie swego rasowego konia,  w potężnej  zbroi, po przejażdżce przez 3 kilometry terenu. Ciężka jazda dojechała do pozycji janczarów, oczywiście umocnionej. Wtedy też rycerzom zaczęły padać z wysiłku konie. Zdumieni janczarzy po prostu rozstrzelali elitę wojskowości europejskiej, niedobitków wybili spahisi, król Węgier zaś ledwo uszedł z garstką przybocznych.

Kiedy zaczął się szkwał, dumni i bladzi (ze strachu) uczniowie zakrzyknęli do Jezusa: Nauczycielu, nic cię to nie obchodzi, że giniemy? (wers 38). Obudzony Jezus jednym gestem uciszył fale. Nastała cisza. Rzekł do nich: czemu jesteście tacy bojaźliwi? WIARY JESZCZE NIE MACIE?

Goliat ujrzał pastuszka. Dawid dopiero co odmówił Saulowi przyjęcie miecza, tarczy i zbroi. Nawet by ich nie uniósł. Nie bał się jednak, gdyż już nie jeden raz walczył o stado swojego ojca z lwami. Wziął kamień, procę, pomodlił się głęboko  i… zmienił historię. Także moją.

W psalmie 144 w wierszu 3 czytamy: czymże jest człowiek, że nań baczysz, i syn człowieczy, że o nim myślisz…

Nie broń, nie miecz, nie tarcza, nie nobilitacja i zaszczyt, nie próżna chwała, ale proca i kamień. I BOŻE BŁOGOSŁAWIEŃSTWO dla mnie i dla każdego, który zawierzy swoje życie Bogu. Bo On dał nam swego Syna, abyśmy się już nie bali, ba, abyśmy mieli życie wieczne. Czymże jest człowiek? Czymże jestem ja, że o mnie pamiętasz, że tyle mi dajesz, że prowadzisz mnie i mi błogosławisz? Odpowiedzmy sobie w modlitwie.

Sprzedałem motocykl

Często w Biblii znajduję opis własnego życia. Tak było też wczoraj, kiedy czytałem Kuszenie Jezusa w Ewangelii św. Łukasza (4; 1 – 13). Opisane jest tam, jak Chrystus po powrocie znad Jordanu udał się na pustynię, aby pościć. Pościł przez 40 dni, po których był nie tylko głodny, ale też bardzo osłabiony. Wtedy to przystąpił do niego szatan, aby Go kusić.  Rzekł mu: jeżeli jesteś Synem Bożym, powiedz kamieniowi  temu, aby stał się chlebem. Odpowiedział mu Jezus: napisano: Nie samym chlebem człowiek żyć będzie. Wtedy szatan pokazał Mu w okamgnieniu wszystkie  bogactwa i królestwa świata mówiąc: dam ci tą całą władzę i chwałę ich, ponieważ została MI przekazana, i daję ją, komu chcę. Jeżeli więc Ty odddasz mi pokłon, cała ona twoja będzie. Odpowiedział mu Jezus cytując V Księgę Mojżeszową: Panu Bogu swemu pokłon oddawać i tylko jemu będziesz służył. Potem szatan zaprowadził Go na dach świątyni w Jerozolimie i rzekł: Jeśli jesteś Synem Bożym, rzuć się stąd w dół; Napisano bowiem: Aniołom swoim przykażę o tobie, aby cię strzegli, I na rękach nosić cię będą, abyś nie uraził o kamień nogi swojej. Jezus odpowiedział mu: Powiedziano: Nie będziesz kusił Pana, Boga swego. Szatan odszedł.

Dlaczego ten fragment jest także o mnie?

Ludzie modlą się o różne rzeczy. Modlą się o spokojny byt, chleb i pracę, modlą się o wielkie pieniądze, o władzę, modlą się wreszcie o ochronę przed chorobą czy nawet śmiercią. Jednak nie wszyscy. Kiedy  po maturze moja matka wyrzuciła mnie z domu przeżyłem trudne chwile. Nie miałem z czego żyć, gdzie mieszkać. Przez pierwszy miesiąc przeżyłem mając 5-litrowy słój ogórków konserwowych i kawałek chleba. Strasznie schudłem, ale nie podałem się, walczyłem o siebie. I nawet wtedy, gdy byłem taki głodny, nie modliłem się o chleb, ba, nie modliłem się wcale, nie wierzyłem w Boga. Za to On wierzył we mnie.

Mnóstwo ludzi marzy o wygranej w Lotto, marzy o tym, aby lekko zdobyte pieniądze rozwiązały ich problemy. Czytałem kiedyś artykuł, którego autor dotarł do kilkudziesięciu ludzi, którzy kiedyś wygrali wymarzony milion. Okazało się, że wszyscy stracili swoje wygrane w bezsensowny sposób, nie zainwestowali w swoją przyszłość. Byli nieszczęśliwi. Co gorsza o swoje nieszczęście oskarżali najbliższych, na nich poniekąd się mścili i okazywali swoją władzę. Nigdy nie zależało mi na pieniądzach  i wygodnym życiu, walczyłem z nim, brałem się z nim za bary. I dalej się nie modliłem.

Pokazanie przez szatana Jezusowi przepaści pod nogami jest dla mnie uosobieniem ludzkiego strachu przed śmiercią, przed niebytem, przed nieznanym. Ja nigdy nie bałem się śmierci, bałem się raczej życia, tego, co mi przyniesie, czy sobie poradzę, czy zawsze już będę sam. Dalej się nie modliłem. Nigdy nie modliłem się o chleb, pieniądze ani zdrowie. Byłem zawziętym ateistą.

I oto przyszedł moment, że ja, taki twardy, zawzięty młody człowiek pomodliłem się. Modliłem się…o Miłość, o Kogoś, kto mnie pokocha. I stało się. Znalazł się ktoś, kto pochylił się nade mną, umył mi stopy, przepasał i namaścił oliwą. Ktoś, kto powiedział do mnie, że mnie kocha. A ja uwierzyłem. Z tej wiary i miłości wszystko wypływa. Zrozumiałem, że Bóg ma wobec mnie Plan, że kiedy byłem głodny, nakarmił mnie, gdy nie miałem gdzie mieszkać, postawił na mojej drodze odpowiednich ludzi, którzy mi pomogli, że kiedy pod swoimi stopami widziałem przepaść, to wbrew pozorom nie byłem sam, trzymały mnie mocne ręce.

Ostatnio miałem trudny okres. Przez donos współpracowników o mało nie straciłem jednej pracy, w drugiej pracodawca traktuje mnie źle, co rusz karze mnie finansowo. Martwiłem się o byt, o to, czy zdołam zapewnić środki na studia dla syna. Milczałem, próbowałem być pokorny. Gdzieś zgubiłem w sobie dawnego, chudego wojownika. I kiedy znowu dostałem z opóźnieniem swoją wypłatę, coś sobie przypomniałem. Co?  „Nie troszczcie  się o życie swoje, co będziecie jedli albo co będziecie pili, ani o ciało swoje, czym przyodziewać się będziecie. Czyż życie nie jest czymś więcej niż pokarm, a ciało niż odzienie?” (Mat. 6;25). Czyżbyś zapomniał już kim jesteś? – pytałem siebie – nie pamiętasz, w czyim jesteś ręku? Te wszystkie strachy i obawy to dzieło szatana, który się nimi karmi. Powiedziałem sobie: dość! Dość strachu o następny dzień, dość upokarzania mnie za złotówkę. Wróciłem do domu i powiedziałem, że sprzedaję mój wypieszczony motor, że zmieniam swoje życie, że dalej chcę walczyć. I wiecie co? Moja żona się ucieszyła. Przestałem się bać, bo Pan jest ze mną. Nie kuszę Go, zdaję się na Niego i wiem, że On mnie nie opuści, a  ja wytrwam w swych zamierzeniach. Ta pewność płynie z miłości Jego do mnie i pewności Jego planu. Przestałem się bać o przyszłość, walczę teraz o nią. Byłem już głodny, nie miałem gdzie mieszkać i żyję. Żyję, gdyż uwierzyłem w Niego, a uwierzyłem, bo doznałem Jego wielkiej miłości. Cóż mi się może więc stać? Helena Modrzejewska, jedna z największych polskich aktorek z początku XX wieku powiedziała kiedyś: szalony, kto nie chce wyżej, jeśli może. A ja mogę – z Nim.