Statystyki

  • Wszystkich wizyt: 5332
  • Dzisiaj wizyt: 1
  • Wszystkich komentarzy: 23

coś co w sercu wrze

Dziękujemy ci Bracie

Gdzieśkolwiek jest, jesliś jest, lituj mej żałości,
A nie możesz li w onej dawnej swej całości,
Pociesz mię, jako możesz, a staw sie przede mną
Lubo snem, lubo cieniem, lub marą nikczemną.

Jan Kochanowski Tren X

Ta inwokacja do Boga, ten krzyk rozpaczy dotknął także nas, zbór Kościoła Ewangelicko – Metodystycznego w Bielsku  - Białej.  Z ogromnym bólem serca i z wielkim smutkiem żegnamy ,  Jana Steklę, naszego brata w Jezusie, wspaniałego Męża, Ojca, Dziadka i  Wujka. Nasza strata jest tym większa, że to on był Liderem budowy naszego „Domu na Skale”. Poświęcił temu całe swoje serce i czas. I życie. Brat Janek nie miał daru wymowy, był za to doskonałym budowniczym. Dosłownie i w przenośni. „Dom na Skale” to jego dzieło, doprowadził budowę naszej kaplicy aż pod dach. To było Jego świadectwo i hołd dla Mocy Bożej. Dlaczego zacząłem od trenu Kochanowskiego? Bo jestem zły. Zły i rozżalony. Bo to miało być inaczej, nie tak…Bo tak myślał sobie człowiek… Tymczasem  czytamy w Biblii :  Albowiem nikt z nas dla siebie nie żyje i nikt dla siebie nie umiera;  bo jeśli żyjemy, dla Pana żyjemy; jeśli umieramy, dla Pana umieramy; przeto czy żyjemy, czy umieramy, Pańscy jesteśmy.
(List do Rzymian 14: 7 – 8, Biblia Warszawska).

Tyle razy cytowałem ten fragment – i go nie rozumiałem. Wydawało mi się, że mój dar Słowa jest wystarczający. Tymczasem nasz Brat rzucił wszystko, aby budować naszą kaplicę. Położył na szali własne zdrowie, czas, pieniądze, wreszcie życie. I pozostał bardzo skromnym człowiekiem. Czym możemy się odwdzięczyć Panu za niego? Był własnością nas wszystkich, był prawdziwym Sługą. Był….dlaczego tak się stało? Po co to wszystko? Odpowiem sobie i wam. Dla mnie… i dla Was.

Wielkieś mi uczynił pustki w domu moim,

Mój  drogi Janku, tym zniknieniem swoim!

Pełno nas, a jakoby nikogo nie było:

Jedną cudowną duszą tak wiele ubyło.

Jan Kochanowski, Tren X

Oczywiście tren w oryginale mówił o córce wieszcza, niemniej czuję ten ból, ból rozstania, rozdarcia i zagubienia. Janek zawsze mówił – ale nie o to chodzi…Nie chodzi o moje i nasze odczucia, nasze plany etc… Chodzi o to, abyśmy Żyli z Bogiem, abyśmy czerpali najlepsze rzeczy, myśli i zrozumienie od takich właśnie Braci. Albowiem nikt z nas dla siebie nie żyje…

Jezus, odpowiadając, rzekł im: Zburzcie tę świątynię, a Ja w trzy dni ją odbuduję.  Na to rzekli Żydzi: Czterdzieści sześć lat budowano tę świątynię, a Ty w trzy dni chcesz ją odbudować? Ale On mówił o świątyni ciała swego.

(Ew. Jana 2:19-21, Biblia Warszawska)

Brat był budowniczym. Wznosił domy, brukował drogi, budował serca. Kiedy zaraz po ślubie budowałem dom, ujął mnie i zdobył. Czym? Bezinteresownością i sercem. Za olbrzymią pomoc nie chciał nic, nie wziął ani złotówki, a bez jego rad nigdy nie miałbym tego co mam. Był doskonałym narzędziem w ręku Pana. Dlatego też mój syn Dawid ma na drugie imię Jan, a dla mnie jego nazwisko jest synonimem Dobra.

Cóż mogę jeszcze powiedzieć? Teraz odwołam się teraz do wiersza Jana Kasprowicza:

Przestałem się wadzić z Bogiem -

Serdeczne to były zwady:

Zrodziła je ludzka niedola,

Na którą nie ma już rady.

 

Tliło w mej piersi zarzewie,

Materiał skier tak bogaty,

Że jeno dąć w palenisko,

A płomień ogarnie światy.

I oto Pan nasz zadął w palenisko naszych serc, rozpalił płomień, przegonił nasz smutek i żal… i strach przed tym co dalej. Wzmocnił nas nasza stratą. Czas, abyśmy również stali się budowniczymi, budowniczymi serc i rozumienia. Czas na żniwo!

Niechaj się nie trwoży serce wasze; wierzcie w Boga i we mnie wierzcie! W domu Ojca mego wiele jest mieszkań; gdyby było inaczej, byłbym wam powiedział. Idę przygotować wam miejsce.  A jeśli pójdę i przygotuję wam miejsce, przyjdę znowu i wezmę was do siebie, abyście, gdzie Ja jestem, i wy byli.
(Ew. Jana 14:1-3, Biblia Warszawska)

 

Mamy wybór.

Nasz zbór, zbór Kościoła Metodystyczno – Ewangelickiego w Bielsku – Białej, dostał szansę, szansę od Boga. Podjęliśmy decyzję o budowie nowej, większej kaplicy. Zmusiło nas do tego życie…Pokolenie młodzieży stało się rodzicami, rodzice dziadkami, a wszystkich nas łączy odpowiedzialność, odpowiedzialność przed Braćmi i Siostrami, przed Kościołem, w którym jesteśmy, przed nowym pokoleniem. Wierzymy, że ta  szansa, że ten wybór naszego Zboru ma Boże Błogosławieństwo.  Dlatego dzisiaj napiszę o wyborze, który każdy z nas może dokonać.

W Księdze Joba 36; 5 – 7 czytamy: Oto Bóg jest potężny, lecz nikim nie gardzi; potężny siłą i sercem. Bezbożnego nie pozostawia przy życiu ( wiecznym – komentarz mój), ubogim zaś zapewnia sprawiedliwość. Od sprawiedliwego nie odwraca swoich oczu; WRAZ  Z KRÓLAMI SADZA ICH NA TRONIE I SĄ NA ZAWSZE WYWYŻSZENI.

A więc mamy szansę, którą możemy przekuć w pewność, pewność Zbawienia ( nie mylić tego proszę z pychą ).

Kiedy Jezus płynął przez jezioro Genezaret ( Mar. 8, 14 – 21 ) usłyszał w pewnej chwili rozmowę uczniów.  ” O czym rozmawiacie, czy o tym, ze chleba nie macie? Jeszcze nie pojmujecie i nie rozumiecie? Czy serce wasze jest nieczułe? Macie oczy, a nie widzicie? Macie uszy, a nie słyszycie? I nie pamiętacie? Gdy łamałem pięć chlebów dla pięciu tysiecy, ile koszów pełnych resztek chleba zebraliście? Odpowiedzieli mu: Dwanaście. A ile koszów pełnych okruszyn zebraliście z siedmiu chlebów dla czterech tysięcy? Odpowiedzieli mu: Siedem. I rzekł im: JESZCZE NIE ROZUMIECIE?”

Pan dał im szansę Życia, szansę Zbawienia, a oni – przynajmniej jeszcze wtedy – martwili się o chleb następnego ranka… W naszym Zborze też chwilami próbowało się zasiać ziarno zwątpienia. Aaa, nie uda się, eee nie warto. UDA SIĘ, BĘDZIE KAPLICA, ALBOWIEM NIE JESTEŚMY SAMI. Skąd ta pewność? Już wam mówię.

Wjeżdżając do Jerycha Jezus zignorował tłumy ciekawskich, godnych, uczonych w Piśmie, którzy wylegli, aby Go zobaczyć. Odezwał się do przełożonego nad celnikami, Zacheusza, który, aby lepiej Go widzieć , wspiął sie na drzewo sykomory: Zacheuszu, zejdź pospiesznie, gdyż dziś MUSZĘ sie zatrzymać w twoim domu. ( Łuk.19, 1 – 10 ). Zacheusz zszedł z sykomory i – jak jest napisane – przyjął go z radością. Wszyscy ci godni, uczeni, predystynowani zaczęli szemrać : do człowieka grzesznego przybył w gościnę. W tym zaś czasie Zacheusz, przez nikogo ani nie zmuszany, ani namawiany rzekł do Nauczyciela: Panie, oto połową majątku mojego daję ubogim, a jeśli na kim co wymusiłem, jestem gotów oddać w czwórnasób. Usłyszał od Jezusa: DZIŚ ZBAWIENIE STAŁO SIĘ  UDZIAŁEM DOMU TEGO, ponieważ  i on jest synem Abrahama ( czyli w oczach Pańskich Zacheusz stał się godny Miłości Bożej – komentarz mój). Przyszedł bowiem Syn Człowieczy, aby szukać i zbawić to, CO  ZGINĘŁO.

Zacheusz wykorzystał swoją szansę – w jednej chwili. Jak jest z nami? Co z nami będzie? Co z naszym Domem Modlitwy? Proste pytania – i rownież prosta odpowiedź.

W Ewangelii św. Mateusza, w rozdziale 25, wersy od 14 –  30 opisana jest smutna historia – poczytać proszę. Właściciel majętności wyjeżdżając w interesach – a takie podróże trwały nawet kilka lat – ot np wyprawa po jedwab  - przekazał swoim sługom swój majątek – jednemu 5 talentów złota, drugiemu dwa, trzeciemu jeden. Po powrocie zażądał sprawozdania z pieczy nad swoim majątkiem. Pierwszy sługa z pięciu talentów zrobił dziesięć, drugi z dwóch cztery, trzeci nie zrobił nic. Ten ostatni usłyszał: Każdemu bowiem, kto ma, będzie dane i obfitować będzie, a temu, kto nie ma, zostanie zabrane i to, co ma.

I oto każdy z nas dostał talent. Jeden dar śpiewu, drugi dar wymowy, trzeci zaś wpływu na dzieci. Taki sam talent dostał zbór w Wapienicy. I chcemy go rozmnożyć. Dlatego prosimy wszystkich Was, Bracia i Siostry, o wasze myśli i dziękczynienie przy budowie nowej kaplicy w Bielsku – Białej.

Pozdrawiam, Tomasz Lipski, mąż, ojciec, Metodysta.

Budzik

Opowiem Wam dzisiaj i o życiu, i o Biblii.

W Księdze Izajasza 43,1 czytamy:   Lecz teraz – tak mówi Pan – który cię stworzył Jakubie, i który cię ukształtował, Izraelu: Nie bój się, bo cię wykupiłem i nazwałem cię twoim imieniem – moim jesteś!

Niedaleko nas żyje oto pewna kobieta, aktorka. Kiedy była dużo młodsza poznała swojego męża, czlowieka statecznego, kilkanaście lat starszego od niej. To była wielka, prawdziwa miłość. Miłość pełna ciepła i poczucia bezpieczeństwa. Oprócz tego uczucia spotkało ich jeszcze jedno szczęście – urodziły im się dwie córki, bliźniaczki. Rodzina po prostu doskonała.

W innym czasie i przestrzeni Jezus bedąc w Jerozolimie zaszedł nad sadzawkę zwaną Betezda, słynącą z tego, że co jakiś czas anioł poruszał w niej wodę, a kto się wtedy zanurzył, zostawał uzdrowiony. I był tam pewien człowiek, który czekał na swoją szansę już 38 lat ( Jan 5; 1 – 15).

Teraz będzie smutno, aby, tak jak w życiu, nastał nowy dzień.

Słyszeliście, iż  powiedziano : Oko za oko, ząb za ząb  ( Mat 5; 38 – 42). A Ja wam powiadam: Nie sprzeciwiajcie się złemu, a jeśli cie kto uderzy w prawy policzek, nadstaw mu i drugi.

I oto szczęśliwa, piękna, młoda kobieta odprowadzała męża na rutynowy zabieg chirurgiczny do szpitala. Tenże, mając złe przeczucia, chciał koniecznie pożegnać się z córkami. W czasie zabiegu zmarł, a młodej mężatce z dwójką córek świat zawalił się na głowę. I to był cios w policzek prawy.

Nie wiem tak naprawdę dlaczego człowiek nad sadzawką tak długo czekał na uzdrowienie. Kiedy Jezus spytał się go : Chcesz być uzdrowiony? chory zamiast krótko odpowiedzieć  ”tak”, zaczął narzekać : Panie, nie mam człowieka, który by mnie wrzucił do sadzawki, gdy woda się poruszy; zanim wyjdę, inny przede mną wchodzi.  Nagle ten chory zrozumiał, że jest SAM, nie ma bliskich i przyjaciół, że tak naprawdę zmarnował 38 lat życia pod pretekstem swojej choroby. Zamilkł. I to był cios w policzek prawy.

Krótko po pogrzebie męża jedna z bliźniaczek pijąc Ice Tea zakrztusiła się, straciła oddech. Bezradna matka wezwała pogotowie, próbowała ratować dziecko. Długa reanimacja przywróciła czynności życiowe, ale brak tlenu spowodował trwałe uszkodzenie mózgu. Dziecko zapadło w śpiączkę. Ze szczęśliwej, 4 – osobowej rodziny została załamana młoda kobieta, zdrowa córka z traumą i chora córka, z którą już nie było kontaktu. I to był cios w policzek lewy.

Jezus , ignorując narzekania chorego i przerywając późniejszą ciszę rzekł: Wstań, weź swoje łoże i chodź. Człowiek w szoku wziął to łoże pod pachę i zaczął się kręcić bez celu po terenie całej sadzawki. I słyszę te jego myśli – cóż teraz mam robić? Nie mam pracy, rodziny, całe życie spędziłem nad Betezdą, dobrzy ludzie mnie wspomagali…Cóż TERAZ MAM ROBIĆ? Ten człowiek mnie uzdrowił….tylko wcale nie jestem szczęśliwy. I to był cios w policzek lewy.

W Księdze Izajasza czytamy dalej: GDY BĘDZIESZ PRZECHODZIŁ PRZEZ WODY, BĘDĘ Z TOBĄ, A GDY PRZEZ RZEKI, NIE ZALEJĄ CIĘ; GDY PÓJDZIESZ PRZEZ OGIEŃ, NIE SPŁONIESZ, A PŁOMIEŃ NIE SPALI CIĘ. Bo ja, Pan, jestem twoim Bogiem.

W Ewangelii św. Mateusza czytamy dalej: A temu, kto chce się z tobą procesować i zabrać ci szatę, zostaw i płaszcz. A kto by cię przymuszał, żebyś szedł z nim jedną milę, idź z nim i dwie. Temu, kto cię prosi, daj, a od tego, który chce od ciebie pożyczyć, nie odwracaj się.

Ta piękna, młoda kobieta poniosła swój ciężar, ale w sposób rzucający na kolana. Założyła fundację, zbudowała klinikę Budzik, w której doskonali fachowcy próbują wybudzić dzieci z powypadkowej śpiączki. Przez kilka lat udało im się przywrócić w objęcia rodzin 18 dzieci, następne już wykazują chęć powrotu do swoich bliskich.  A to wszystko BEZ POMOCY PAŃSTWA POLSKIEGO. Utrata dziecka ( córka nie ma szans na wybudzenie) i męża było ceną szczęścia 18 – ga dzieci. Płakać się chce – ze smutku, i z radości.

Ja , Pan, jestem twoim Bogiem.

Chorego znad sadzawki zaatakowali bogobojni Żydzi – dlaczego w sabat chodzisz z łożem? Bo oto ten, który mnie uzdrowił, powiedział: weź swoje łoże i chodź. Nagle ten człowiek zaczął świadczyć o Mocy Bożej. Człowiek, który mógłby się wydawać najmniej godny takiej łaski, wszak miał 38 lat, aby odnaleźć choćby jednego przyjaciela, który by mu pomógł.

Masz swoje problemy, Bracie i Siostro? Jesteś przykuty do jakiegoś łoża, bezradny i zagubiony? Oto nadstaw serce i ucho : Ja , Pan, jestem twoim Bogiem! Weź swoje łoże i chodź!

I czytamy dalej w Księdze Izajasza:  ” Ja, Święty Izraelski, twoim wybawicielem;  daję Egipt na okup za ciebie, Etiopię i Sabę zamiast ciebie. Dlatego, że jesteś w moich oczach drogi, cenny i JA CIĘ MIŁUJĘ…”

Nietypowo

Dzisiaj zamiast garści myśli – garść uczuć. Polecam ten filmik  http://megastrzal.pl/43-715-243-wyswietlenia-ty-widziales/?utm_campaign=brejn&utm_medium=publish&utm_source=facebook

Dziękuję Ci Bracie…

Niedawno jadąc autobusem obserwowałem grupę głuchoniemych nastolatków porozumiewających się językiem migowym. Nie powodowała mną niezdrowa ciekawość, ale fascynacja. Fascynowała mnie ich umiejętność rozmowy za pomocą rąk, niekłamana radość z niej, wreszcie możliwość radzenia sobie człowieka w każdej sytuacji. Ot, taki Boży Dar, pozwalający ominąć własną niesprawność. Często widzimy ludzi niepełnosprawnych, różniących się od reszty społeczeństwa. Większość z ludzi stara się na nich nie patrzeć,odwraca głowę, tak jakby samo spojrzenie mogło być kuszeniem losu. Nasze społeczeństwo nie umie sobie poradzić z własną tzw sprawnością, ma kompleksy, boi się kontaktów ze sprawnymi inaczej. Dlatego najczęściej udaje, że ich nie ma.

Tak samo, niestety, jest ze Słowem Bożym. Każdy, kto w dniu codziennym próbuje rozmawiać o Bogu jest traktowany co najmniej ze zdziwieniem ( nawiedzony jakiś?), jeżeli nie z nieufnością, tak jakby to był temat tabu.

Wczoraj mój starszy Brat zborowy urządził przyjęcie urodzinowe. Wymyślił pretekst, aby się spotkać w szerszym gronie, aby skorzystać z okazji, która może się już nie powtórzyć. Aby skorzystać…

 

Kiedy otworzymy Ewangelię św. Jana zaraz na drugiej stronie ( osobiście uważam, że nie bez przyczyny) natykamy się na niesamowitą opowieść (Jan 1; 35 – 51).  Jan, zwany później Chrzcicielem, stał z dwoma uczniami, gdy widząc  przechodzącego Jezusa rzekł: Oto Baranek Boży. Zdziwieni nieoczekiwanym stwierdzeniem uczniowie natychmiast poszli za Jezusem. Pierwszymi słowami, jakie do Niego wypowiedzieli nie było żądanie: pokaż kim jesteś, uczyń jakiś cud, udowodnij, że… Zadali pytanie najbardziej prozaiczne z możliwych: gdzie mieszkasz? Usłyszeli: pójdźcie, a zobaczycie. Nauczyciel zaprowadził ich do swego domu, domu cieśli. Zostali tam na noc. Nie wiem, o czym rozmawiali, mogę się domyślać. Niemniej rano jeden z nich, Andrzej, poszedł do swego brata Szymona: znaleźliśmy Mesjasza (Chrystusa)! Chodź! Gdy Jezus ujrzał Szymona, rzekł: ty jesteś Szymon, syn Jana; ty (odtąd) będziesz nazwany Kefas (czyli Piotr).

Czytając te słowa natychmiast przypomniałem sobie fragment z Objawienia Św. Jana 2;17  -  „Zwycięzcy dam (…) kamyk biały, a na kamyku tym wypisane NOWE IMIĘ, którego nikt nie zna, jak tylko ten, który je otrzymuje.”   Jesteśmy zwycięzcami w biegu po zbawienie?  Czy otrzymaliśmy od Boga nowe imię? Jako nowy człowiek, jako Brat i Siostra?

Szymon, zwany odtąd Piotrem przekazał Dobrą Nowinę Filipowi, a ten gdy spotkał Natanaela, rzekł do niego: Znaleźliśmy tego, o którym pisał w zakonie Mojżesz, a także prorocy: Jezusa, syna Józefa, z Nazaretu. Zdziwiony Natanael odpowiedział: czy z Nazaretu może być coś dobrego? PÓJDŹ I ZOBACZ! Natanael, samemu się sobie dziwiąc, ruszył spod drzewa figowego, gdzie odpoczywał.

I poszło zaproszenie od mojego Brata do wszystkich, aby mogli się spotkać na przyjęciu. Niczym w przypowieści o weselu Oblubieńca niektórzy odmówili, gdyż nie mogli, inni znowu nie chcieli. Ci natomiast, którzy przyjęli zaproszenie, stali się bogatsi, bogatsi Duchem.

Kiedy Chrystus ujrzał Natanaela zawołał: oto prawdziwy Izraelita, w którym nie ma fałszu. Skąd mnie znasz? Widziałem cię, gdy byłeś pod drzewem figowym.  Odpowiedział mu Natanael : Tyś jest Synem Bożym.

Wszyscy ci uczniowie poszli za Jezusem z własnej woli, powodowanie nie tyle ciekawością, co Potrzebą przebywania z Bogiem.

Poszło zaproszenie do każdego człowieka: pójdź do mnie, a ja dam ci wszystko, co mam. Bądź ze mną, a dam ci szatę białą, w  której nie ma nieprawości. Warunek był jeden – trzeba się ruszyć spod drzewa figowego, pod którym tak nam dobrze. Ruszyć się i zobaczyć Boga w Człowieku.

Przyjąłem zaproszenie. Dzięki Niemu poznałem niesamowitych ludzi i usłyszałem Dobrą Nowinę, poznałem małą dwumiesięczną Polę, najmłodszą Siostrę w naszym zborze, skosztowałem niesamowitego befsztyka po tatarsku. Gdybym nie skorzystał, siedziałbym w zimnym domu sam.

Skorzystałem też z innego zaproszenia, o wiele ważniejszego. I oto Pan na niwach zielonych mnie pasie, prowadzi mnie i mieszka ze mną. Nie jestem już sam.

Odpowiedział Jezus Natanaelowi: Czy dlatego wierzysz, że powiedziałem ci, iż cię widziałem pod drzewem figowym? Ujrzysz większe rzeczy niż to.  Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam (to już do nas), ujrzycie niebo otwarte i aniołów Bożych wstępujących i zstępujących na Syna Człowieczego.

Ja też to widzę na co dzień w każdym z nas. Za zaproszenie zaś i danie mi pretekstu do ROZMOWY dziękuję Ci Bracie.

Sprzedałem motocykl

Często w Biblii znajduję opis własnego życia. Tak było też wczoraj, kiedy czytałem Kuszenie Jezusa w Ewangelii św. Łukasza (4; 1 – 13). Opisane jest tam, jak Chrystus po powrocie znad Jordanu udał się na pustynię, aby pościć. Pościł przez 40 dni, po których był nie tylko głodny, ale też bardzo osłabiony. Wtedy to przystąpił do niego szatan, aby Go kusić.  Rzekł mu: jeżeli jesteś Synem Bożym, powiedz kamieniowi  temu, aby stał się chlebem. Odpowiedział mu Jezus: napisano: Nie samym chlebem człowiek żyć będzie. Wtedy szatan pokazał Mu w okamgnieniu wszystkie  bogactwa i królestwa świata mówiąc: dam ci tą całą władzę i chwałę ich, ponieważ została MI przekazana, i daję ją, komu chcę. Jeżeli więc Ty odddasz mi pokłon, cała ona twoja będzie. Odpowiedział mu Jezus cytując V Księgę Mojżeszową: Panu Bogu swemu pokłon oddawać i tylko jemu będziesz służył. Potem szatan zaprowadził Go na dach świątyni w Jerozolimie i rzekł: Jeśli jesteś Synem Bożym, rzuć się stąd w dół; Napisano bowiem: Aniołom swoim przykażę o tobie, aby cię strzegli, I na rękach nosić cię będą, abyś nie uraził o kamień nogi swojej. Jezus odpowiedział mu: Powiedziano: Nie będziesz kusił Pana, Boga swego. Szatan odszedł.

Dlaczego ten fragment jest także o mnie?

Ludzie modlą się o różne rzeczy. Modlą się o spokojny byt, chleb i pracę, modlą się o wielkie pieniądze, o władzę, modlą się wreszcie o ochronę przed chorobą czy nawet śmiercią. Jednak nie wszyscy. Kiedy  po maturze moja matka wyrzuciła mnie z domu przeżyłem trudne chwile. Nie miałem z czego żyć, gdzie mieszkać. Przez pierwszy miesiąc przeżyłem mając 5-litrowy słój ogórków konserwowych i kawałek chleba. Strasznie schudłem, ale nie podałem się, walczyłem o siebie. I nawet wtedy, gdy byłem taki głodny, nie modliłem się o chleb, ba, nie modliłem się wcale, nie wierzyłem w Boga. Za to On wierzył we mnie.

Mnóstwo ludzi marzy o wygranej w Lotto, marzy o tym, aby lekko zdobyte pieniądze rozwiązały ich problemy. Czytałem kiedyś artykuł, którego autor dotarł do kilkudziesięciu ludzi, którzy kiedyś wygrali wymarzony milion. Okazało się, że wszyscy stracili swoje wygrane w bezsensowny sposób, nie zainwestowali w swoją przyszłość. Byli nieszczęśliwi. Co gorsza o swoje nieszczęście oskarżali najbliższych, na nich poniekąd się mścili i okazywali swoją władzę. Nigdy nie zależało mi na pieniądzach  i wygodnym życiu, walczyłem z nim, brałem się z nim za bary. I dalej się nie modliłem.

Pokazanie przez szatana Jezusowi przepaści pod nogami jest dla mnie uosobieniem ludzkiego strachu przed śmiercią, przed niebytem, przed nieznanym. Ja nigdy nie bałem się śmierci, bałem się raczej życia, tego, co mi przyniesie, czy sobie poradzę, czy zawsze już będę sam. Dalej się nie modliłem. Nigdy nie modliłem się o chleb, pieniądze ani zdrowie. Byłem zawziętym ateistą.

I oto przyszedł moment, że ja, taki twardy, zawzięty młody człowiek pomodliłem się. Modliłem się…o Miłość, o Kogoś, kto mnie pokocha. I stało się. Znalazł się ktoś, kto pochylił się nade mną, umył mi stopy, przepasał i namaścił oliwą. Ktoś, kto powiedział do mnie, że mnie kocha. A ja uwierzyłem. Z tej wiary i miłości wszystko wypływa. Zrozumiałem, że Bóg ma wobec mnie Plan, że kiedy byłem głodny, nakarmił mnie, gdy nie miałem gdzie mieszkać, postawił na mojej drodze odpowiednich ludzi, którzy mi pomogli, że kiedy pod swoimi stopami widziałem przepaść, to wbrew pozorom nie byłem sam, trzymały mnie mocne ręce.

Ostatnio miałem trudny okres. Przez donos współpracowników o mało nie straciłem jednej pracy, w drugiej pracodawca traktuje mnie źle, co rusz karze mnie finansowo. Martwiłem się o byt, o to, czy zdołam zapewnić środki na studia dla syna. Milczałem, próbowałem być pokorny. Gdzieś zgubiłem w sobie dawnego, chudego wojownika. I kiedy znowu dostałem z opóźnieniem swoją wypłatę, coś sobie przypomniałem. Co?  „Nie troszczcie  się o życie swoje, co będziecie jedli albo co będziecie pili, ani o ciało swoje, czym przyodziewać się będziecie. Czyż życie nie jest czymś więcej niż pokarm, a ciało niż odzienie?” (Mat. 6;25). Czyżbyś zapomniał już kim jesteś? – pytałem siebie – nie pamiętasz, w czyim jesteś ręku? Te wszystkie strachy i obawy to dzieło szatana, który się nimi karmi. Powiedziałem sobie: dość! Dość strachu o następny dzień, dość upokarzania mnie za złotówkę. Wróciłem do domu i powiedziałem, że sprzedaję mój wypieszczony motor, że zmieniam swoje życie, że dalej chcę walczyć. I wiecie co? Moja żona się ucieszyła. Przestałem się bać, bo Pan jest ze mną. Nie kuszę Go, zdaję się na Niego i wiem, że On mnie nie opuści, a  ja wytrwam w swych zamierzeniach. Ta pewność płynie z miłości Jego do mnie i pewności Jego planu. Przestałem się bać o przyszłość, walczę teraz o nią. Byłem już głodny, nie miałem gdzie mieszkać i żyję. Żyję, gdyż uwierzyłem w Niego, a uwierzyłem, bo doznałem Jego wielkiej miłości. Cóż mi się może więc stać? Helena Modrzejewska, jedna z największych polskich aktorek z początku XX wieku powiedziała kiedyś: szalony, kto nie chce wyżej, jeśli może. A ja mogę – z Nim.

Usprawiedliwienie

Wiem, że wielu moich przyjaciół czyta ten blog. Wiem, że czasem się przydaję, że udaje mi się opisać słowami to, co czujecie i myślicie. Niemniej muszę Was przeprosić. Jadę na wczasy (wreszcie po dwóch latach). Nie będę siłą rzeczy z Wami w kontakcie. Nie będzie mnie dwa tygodnie. Będzie mi Was brakowało, tych wszystkich, fantastycznych ludzi, których poznałem, i którym dałem się poznać – przy klawiaturze. Wszystkiego najlepszego, albo, jak kto woli – z Bogiem. Tomek vel Hans.

Do czego służą miecze?

Zaczął się sierpniowo-wrześniowy  sezon pisania o wojnie. Ja nie bedę pisać o hekatombie naszego kraju, zagładzie stolicy, licznych ofiarach. Nie będę pisać o gwizdach i buczeniu na obchodach ważnych rocznic ani o tym, że wśród ludzi mówiących tym samym językiem nie ma żadnego wzajemnego szacunku. Będę mówić o wyborze każdego z nas. Oprę się na Ewangelii św. Łukasza 22, 31-38.

Na początku Jezus zwrócił się do Piotra: Szymonie, Szymonie, oto szatan wyprosił sobie, żeby was przesiać jak pszenicę. Cóż się stało? Oto nadszedł sprawdzian dla uczniów chrystusowych, sprawdzian najgorszy, odwołujący się do najsłabszych punktów w duszy człowieka. A Bóg się na to zgodził, zgodził się na przesianie ludzi, którzy w Niego wierzą. Dlaczego? Czy jesteśmy zabawką w ręku Boga, jak chcą jedni? Czy też życie nasze jest dziełem przypadku, jak chcą drudzy? W Objawieniu św. Jana 3,19 czytamy:  „Wszystkich, których miłuję, karcę i smagam, bądź tedy gorliwy i upamiętaj się. „  Czyli ci, którym dane było zrozumienie spraw bożych, są obciążeni większym ciężarem. Czujemy to? Czy czujemy ciężar odpowiedzialności? Odpowiedzialności za innych? Ciężar tego, że żyjemy dla innych, nie tylko dla siebie?

Dalej Jezus mówi do Piotra: Ja zaś prosiłem za tobą, aby nie ustała wiara twoja, a ty, gdy się kiedyś nawrócisz, utwierdzaj braci swoich.  Jak to tak? To Szymon nie był nawrócony? On? Szymon Piotr? Skała i opoka? Jakby dla podkreślenia swojej wiary odpowiedział Nauczycielowi: Panie, z Tobą jestem gotów iść i do więzienia, i na śmierć (wers 33). Odpowiedział mu Jezus:  Powiadam ci Piotrze, nie zapieje dzisiaj kur, a ty się trzykroć zaprzesz, że mnie znasz. Szymon zdumiony zamilkł.

I rzekł do reszty uczniów (wers 35 i 36): Gdy was posłałem bez trzosa, bez torby, bez sandałów, czy brakowało wam czego? Oni na to: niczego. Lecz teraz kto ma trzos, niech go weźmie, podobnie i torbę, a kto nie ma MIECZA, niech sprzeda suknię swoją i KUPI.

Niech sprzeda suknię swoją i kupi miecz… Po co? Czy po to, by walczyć do ostatniej kropli krwi o swoje racje? By z pianą na ustach bronić swego Ja? Taka walka zawsze ma swoją cenę – niszczy w nas CZŁOWIEKA. Karabin, z którego się strzela, zawsze „kopie” strzelającego. I nie chodzi mi tutaj o wojsko, ani tym bardziej o karabin.

Dalej czytamy: Albowiem mówię wam, iż musi się wypełnić na mnie to, co napisano: Do przestępców był zaliczony; to bowiem, co o mnie napisano, spełnia się. Krzyż dla Rzymian i Żydów był symbolem hańby, a każdy, kto na nim zawisł nie był godzien normalnego pochówku. Ale oto coś się zmieniło. Krzyż z symbolu hańby stał się symbolem chrześcijan. Symbolem wizualnym. Ale czy duchowym dla mnie? Każdy z nas musi sam sobie odpowiedzieć, czy krzyż to moje serce i moje wartości, czy też nadmiernie eksploatowana ozdoba.

w ostatnim wersie czytamy: Panie, oto tutaj dwa miecze. A On na to: wystarczy.

Na co Jezusowi miały wystarczyć dwa miecze? Do walki? On o nas zawalczył skutecznie dając się ukrzyżować, by następnie odrodzić się w każdym z nas. Te miecze nie były dla Niego. Były dla uczniów i dla nas, abyśmy z ich pomocą przecięli węzeł gordyjski naszych serc. Abyśmy nie czuli się dumni z naszej wiary, nie czuli się lepsi od innych, abyśmy byli pokorni i odrzucili czerwone buty, tak jak to zrobił największy współczesny Rzymianin, i wzuli sandały. Abyśmy wreszcie nauczyli się słuchać i kochać.

Do Braci Zlotowej

 

Nie wiem, jak Wam to powiedzieć. Jesteście dziwni. Jeździcie fajnymi sprzętami, macie fajne mundury. Wydawałoby się – prości ludzie. Spracowane ręce, uwalane smarami twarze, utytłane ciuchy … i coś jeszcze.  Ciepło. Skąd to macie chłopaki? Kiedy poszło w Polskę, że złamałem na Tarczy nogę, to dostałem więcej życzeń i pozdrowień, niż przez całe życie od tzw cywilów. Kiedy raz o północy miałem tzw chandrę, dostałem multum maili i wpisów od braci zlotowej… Co jest? Co w Was jest? Odpowiem Wam i sobie, ponieważ to już kiedyś było.

Na samym początku Ewangelii wg św. Marka, w 2 rozdziale jest przypowieść o sparaliżowanym gościu. Paralityk, połamaniec (jak ja), nic sam nie mógł zrobić. Na szczęście miał PRZYJACIÓŁ.  Czterech. Tylko czterech? AŻ CZTERECH. Ci ludzie, słysząc o tym, że Jezus ma moc uzdrawiania,  postanowili ZANIEŚĆ do Niego sparaliżowanego kumpla, aby go uzdrowił. Było to w Kafarnaum. Niestety na miejscu okazało się, że jest tylu chętnych, taki tłum, że do chaty, gdzie Jezus uzdrawiał chorych nie można się dostać. Co zrobili PRZYJACIELE chorego? Weszli na dach, rozebrali go i przez powstałą dziurę ostrożnie spuścili sparaliżowanego kumpla do środka. I cóż się stało? A Jezus (Mar; 2.5), ujrzawszy ich wiarę, rzekł paralitykowi: Synu, odpuszczone są grzechy twoje.

Tytułem wyjaśnienia: Żydzi wierzyli, że każda choroba jest skutkiem grzechu albo chorego, albo jego rodziców.

Kiedy Jezus odpuścił paralitykowi grzechy, automatycznie go uzdrowił.

Co w Was jest, zlotowicze, że potraficie dla każdego kumpla rozebrać dach, bunkier, ba, nawet czołgiem wjechać do Belwederu, aby pomóc? Ja wiem. To się wg Was nazywa przyjaźń, wg mnie Dar Boży. Dziękuję Wam Wszystkim za życzenia i za to, że jesteście.

Kocham zloty militarne, tam widać kto jest miedzią, a kto złotem

W ubiegłą sobotę o północy  stałem sobie pod dębem. Dąb piękny, rozłożysty, przeszło 300 – letni. Wokół  słychać było szmer kropel deszczu. Nie byłem sam. Było ze mną kilku zajefajnych facetów.  Rozmawialiśmy o Bogu.

Nie była to żadna pielgrzymka, żadne spotkanie religijne typu ewangelizacja, czy też Oaza. Był to… zlot militarny. Wszyscy mieliśmy na sobie mundury historyczne z okresu II Wojny Światowej. Mundury niemieckie – Wehrmachtu i SS, mundury polskie – z 1 Dywizji Pancernej pod dowództwem Gen. Maczka oraz mundury z  wojny obronnej z Września 1939 roku.

Spotkaliśmy się w przepięknym Starym Zamku (polskich!) Habsburgów w Żywcu z okazji Nocy w Muzeum. Wydawać by się mogło, że będziemy mówić o mundurach, zabytkowych pojazdach wojskowych, które tam były, a tymczasem główny temat był zupełnie inny. Co ciekawsze, ja go nie zacząłem. Okazało się, że niektórzy z tych chłopaków regularnie czytają tego bloga. Byłem w szoku. Dlaczego? Bo jak ostatni idiota myślałem, że jest to tematyka niezrozumiała dla chłopców w mundurach. Oni jednak przez całe moje rekonstrukcyjne życie pokazywali, że się grubo myliłem.

W  Dziejach Apostolskich jest przepiękny fragment mówiący o apostole Piotrze i setniku Korneliuszu (Ap 10, 1-48).  Piotr, jakby nie było Żyd, żyjący wg tradycji izraelskiej, która zabraniała Izraelitom kontaktów, rozmów czy gościny z/u nie-Żydami (pod groźbą śmierci),  otrzymał przez posłańca prośbę, aby przybył do Cezarei do domu Korneliusza. Korneliusz był Rzymianinem (okupant!), oficerem rzymskiego legionu w stopniu setnika. NIE BYŁ ŻYDEM.  Nie miało znaczenia, że się nawrócił, wierzył w jedynego Boga, że dawał jałmużnę biednym, że finansował miejscową synagogę. W oczach Żydów był niegodny, by po prostu GORSZY.

Tuż przed podróżą do Cezarei Piotr miał widzenie. Apostoł ujrzał jak z nieba zstępuje olbrzymi obrus, a na nim było (wg słów Pisma Świętego) wszelkiego rodzaju ptactwo i zwierzęta. Wtedy też zabrzmiał głos z nieba: Piotrze, zabijaj i jedz! (Ap 10, 13-16). Przenigdy Panie, bo jeszcze nigdy nie jadłem nic skalanego i nieczystego (niekoszernego). Tak było po trzykroć. Piotr długo myślał nad tym widzeniem, ale go nie zrozumiał.

Kiedy przybył do Cezarei, ujrzał klęczącego Korneliusza (Rzymianin przed Żydem na kolanach!). Podniósł go i rzekł: Wstań, i ja  JESTEM TYLKO CZŁOWIEKIEM. Następnie wszedł do jego domu i ujrzał mnóstwo ludzi, nie – Żydów, pogan, czekających na słowa o Chrystusie. Wtedy też zrozumiał swoje widzenie i rzekł: wiecie, że dla Żyda przestawanie z ludźmi innego plemienia lub odwiedzanie ich jest niezgodne z prawem? (kara śmierci nad głową) LECZ BÓG DAŁ MI ZNAK, BYM ŻADNEGO  CZŁOWIEKA NIE NAZYWAŁ SKALANYM LUB NIECZYSTYM.

Żadnego. Skoro łotr na krzyżu otrzymał od Jezusa obietnicę Zbawienia, to dlaczego my, będący pod tym dębem, mamy czuć się gorsi?  Nie czujemy się gorsi. Nie jesteśmy też lepsi od innych. Jesteśmy po prostu podmiotem Bożej Obietnicy. Byliśmy pod dębem.

Dlaczego kochamy zloty militarne? Dlaczego na nie jeździmy? Jeden by powiedział: dla piwnej imprezy.  drugi, że chcemy szpanować mundurami i pojazdami historycznymi. Kto inny powie, że chłopaki po prostu w wojsku nie byli. Zamiast się bronić przed stereotypami opowiem wam o moich przyjaciołach.

Moja zajawka militariami rozwinęła się dzięki Grupie Śląsk, dzięki Bosmanowi i Komendantowi, czyli Braciom W. Nigdy nie zapomnę, jak w czasie zlotu w Zabrzu, a potem w Rudzie Śląskiej ci ludzie cieszyli się z każdego zlotowicza, który do nich przyjechał ( a było ich kilkuset). Mój dwunastoletni syn (teraz jest studentem) dostał od nich główną nagrodę za mundur (robił za syna pułku w armii Berlinga).  Nie zapomnę, jak nam, zlotowiczom zorganizowali wycieczkę do kopalni – skansenu Luiza. Pod ziemię. O wojskowej grochówce, noclegu, przejażdżkach super sprzętami, olbrzymiej empatii nawet nie mówię. To był ich standard.

Każdy z nas zna Ola, jego Mowaga, Ulę i ich psa – Oli. Olo wygląda jak dziadek Mróz w wersji harleyowsko – militarnej. Długa biała broda, moro i olbrzymie serce. Zawsze mnie i moją grupę (czyli Grupę Hansa) zapraszał na zlotach na świeżego, kultowego tatara. Przy olbrzymiej liczbie chętnych na ten frykas zmuszony był robić ten frykas w olbrzymiej misce (przepis: 5 kilo mięsa wołowego, kilo cebuli, 2 kilo ogórków kiszonych, 200 gram pieprzu, przyprawy, 5 bochenków chleba i dwie tony serca). Specjalnie dla nas. O wojskowej przygodzie,  przejażdżkach super Mowagiem, olbrzymiej empatii nawet nie mówię. To  standard.

Niesamowitych ludzi poznałem na wrześniowych spotkaniach pod mostem w Cieszynie. Gospodarz – Krzysiek N. potrafił stworzyć wspaniałą atmosferę. Byli tam ułani na koniach, między innymi niesamowity, niezapomniany śp. Michał Cz. a także Żołnierze Września, strzelcy podhalańscy, piechota wrześniowa. I ja w mundurze niemieckim. I koleżeństwo, i patriotyzm, i odpowiedzialność za wiedzę o historii. O wojskowej grochówce, noclegu, przejażdżkach super sprzętami, olbrzymiej empatii nawet nie mówię. To był standard.Krzychu we własnym domu w Cieszynie stworzył muzeum 4 Pułku Strzelców Podhalańskich. pokazuje i  historię i uczy patriotyzmu najmłodszych. Szacun.

Kiedyś na Operacji Południe w Bielsku poznałem cichego, skromnego bruneta w ruskim mundurze. Zaproponował mi przejażdżkę autem. A co mi tam, myślałem, kolejny gazik. Auto okazało się największą sowiecką ciężąrówką Kraz, o oponach wielkości dorosłego mężczyzny. Nawiązała się przyjaźń.  Ot cichy, skromny zlotowicz. Po latach okazało się, że Marian jest właścicielem hotelu Pańska Góra w Jaworznie, a takich ciężąrówek ma dosyć sporo. Teraz on sam organizuje zloty dla przyjaciół. Goście kąpią się w hotelowym basenie etc etc. O wojskowej grochówce, ups, żurku, noclegu, przejażdżkach super sprzętami, olbrzymiej empatii nawet nie mówię. To jest standard Mariana.

Tak mogę wymieniać bez końca. Grupa Breda – przyjaciele, serwismeni mojego zabytkowego autka (pamiętacie Zośkę?), chłopcy z Żywca opiekujący się fortem Wędrowiec w Węgierskiej Górce, organizatorzy Nocy w Muzeum w Żywcu (od strony rekonstrukcyjnej) – pozdrowienia i podziękowania dla Artura, Mirka i reszty za udostępnienie dębu na placu zamkowym, GRH Seybusch z Żywca, kompania Szkotów z Krakowa i okolic pod dowództwem Barda,  rekonstruktorzy 42RMC z   Duncanem na czele  i doradztwem Szafarza, chłopaki z Bielska i Krakowa w amerykańskich mundurach z Wietnamu, kultowy Kazik i jego GRH Powstaniec Śląski z Wodzisławia, wreszcie Szafa, organizator niesamowitych, rodzinnych (he, he, rodzinka miała po 100- 200 osób) spotkań w Bytomiu, gdzie dla chętnych restauracyjna delegacja dostarczała – no co? grochówkę? bigos? kiełbasę? – śląskie kluski, duży kotlet i modrą kapustę oczywiście! O wojskowej grochówce, noclegu, przejażdżkach super sprzętami, olbrzymiej empatii nawet nie mówię. To standard.

Dalej Paweł z Wiolką organizujący małą, kameralną (50 chłopa) imprezę rekonstrukcję bitwy pod Monte Cassino w Ogrodzieńcu z pieczoną świnią w tle. O wojskowej grochówce, noclegu, przejażdżkach super sprzętami, olbrzymiej empatii nawet nie mówię. To  standard.

Tych ludzi jest mnóstwo. Często nawet nie pamiętam jak mają na imię (wybaczcie)! Są ich setki. Najbardziej mnie rozwala, jak wołają do mnie: cześć Hans! A ja przez dwa tygodnie myślę, kto to był…

 

Wszystkich nas coś łączy. Łączy pasja, szacunek do munduru, niesamowite koleżeństwo. Dla takich ludzi warto jechać wszędzie, warto w nocy rozmawiać pod dębem. Jesteśmy jak wielka rodzina, rodzina, za którą całą zimę się tęskni  i z której każdy z nas jest dumny. Mamy szacunek do siebie, do historii, do człowieka. Szacunek wręcz biblijny.

Pozdrawiam Was wszystkich. Tych, których nie zdołałem wymienić w szczególności. Hans.